- My Kubańczycy przyzwyczailiśmy się, że tam na górze nikomu nie przychodzi do głowy wyjaśnić nam albo spytać nas o zdanie w sprawie przyszłości tej naszej Wyspy, która coraz bardziej przypomina tonący statek. Znużyło mnie, że nikt nas nie dostrzega w tej naszej maluczkości. Zadałam więc po siedem pytań tym, którzy, jak sądzę, dzisiaj decydują o losie mojego kraju. Bo chcę wiedzieć, jak dalej potoczy się ten spór, pytam o sprawy, które nie dają mi spać spokojnie - napisała wczoraj na swoim blogu
"Generacion Y" Yoani Sanchez.
Pytania kilka tygodni temu wysłała do prezydenta
USA Baracka Obamy i do przywódcy Kuby Raula Castro. Wczoraj zamieściła odpowiedzi. Tylko od Obamy.
Prezydent USA podziwia odwagę Yoani i innych bloggerów dysydentów, którzy uczynili z internetu narzędzie wolnego słowa. "Gratuluję wam. Rząd i naród amerykański łączą się z wami w oczekiwaniu na dzień, gdy wszyscy Kubańczycy będą mogli mówić swobodnie, publicznie i bez strachu" - napisał prezydent USA.
Obama żałuje, że dwa miesiące temu reżim nie wypuścił Yoani Sanchez z kraju, by mogła odebrać nagrodę dziennikarską Uniwersytetu Columbia w Nowym Yorku.
Na kluczowe pytania - czy USA pod rządami Obamy zakończą trwającą od 1960 roku epokę wrogości w stosunku do reżimu komunistycznego, Obama odpowiada, że jest gotów rozmawiać z rządem, przedstawicielami społeczeństwa obywatelskiego i z kubańskich wychodźctwem. Bo wszyscy Kubańczycy powinni decydować o przyszłości swojego kraju: "(...)przyszedł czas na dyplomację bezpośrednią i bez warunków wstępnych, czy się rozmawia z przyjacielem czy z przeciwnikiem. W przypadku Kuby dyplomacja ma służyć naszym interesom oraz sprawie wolności narodu kubańskiego. Ale żeby doszło do normalnych stosunków potrzeba jakichś kroków ze strony rządu Kuby. (...)"
"Chcemy bliższych kontaktów z samymi Kubańczykami, z podzielonymi [przez emigrację] rodzinami (...) Chcemy nawiązać stosunki z Kubańczykami spoza sfer rządowym. Jest przecież jasne, że słowo rządu nie jest jedynym, które ma znaczenia na Kubie. Chcemy rozmawiać ze wszystkimi warstwami społeczeństwa i wyglądamy dnia, gdy rząd kubański zacznie wyrażać wolę Kubańczyków.
"Trzeba wysłuchać wszystkich głosów. Wszyscy zgadzamy się, że musimy uszanować przed wszystkim troski i interesy Kubańczyków, którzy mieszkają na wyspie". Obama jest też gotów pojechać na Kubę, ale dopiero wtedy, gdy będzie wolna: "Czekam na dzień, kiedy będę mógł odwiedzić Kubę, gdy wszyscy jej mieszkańcy będą korzystać z tych samych praw i szans, co reszta ludzi na tym kontynencie.
Kubański prezydent Raul Castro nie odpowiedział na żadne z siedmiu pytań Yoani Sanchez.
Ani na to, jak wpłynie na losy rewolucji poprawa stosunków z USA. Ani czy dygnitarze kubańscy, w tym
Fidel Castro, naprawdę chcą skończyć wojnę polityczną z USA. Ani czy Raul Castro jest gotów siąść do stołu z Barackiem Obamą i o czym chciałby z nim mówić. Ani, czy zgodziłyby się na rozmowy z prezydentem USA z udziałem emigrantów oraz opozycji wewnętrznej na wyspie. Ani czy zaprosi Baracka Obamę na Kubę.
Prezydent Raul Castro nie odpowiedział, bo nie ma zwyczaju rozmawiać osobiście z poddanymi. Do rozmów deleguje swoich umyślnych tajniaków. Przecież tydzień temu wysłał do Yoani Sanchez bojówkę bezpieki, która ją porwała z ulicy, pobiła i porzuciła poturbowaną.
Zapewne nie odpowie także jej mężowi Reinaldo Escobarowi oprych prezydenta, agent Rodney, którego Escobar wyzwał na pojedynek na ulicy w tym samym miejscu, gdzie tamtem pobił jego żonę. Miało to być wczoraj o 17 czasu kubańskiego, czyli 23 polskiego.