Polski postulat, aby przeprowadzić casting na prezydenta, czyli przewodniczącego Rady Europejskiej tworzonej przez przywódców krajów UE oraz szefa unijnej dyplomacji, spodobał się w wielu krajach. Ostatecznie jednak na wczorajszy unijny szczyt w Brukseli nie zaproszono kandydatów, którzy zgodnie z polską propozycją mogliby przedstawić swój program.
Czy zatem przegraliśmy walkę o przejrzystość wyboru? - Propozycja Warszawy zachęciła kilku europejskich polityków do publicznego zgłaszania kandydatur, a zatem rozbiła plan Szwedów kierujących teraz Unią, żeby wyłonić nowych unijnych dygnitarzy całkowicie zakulisowo - mówi zachodni dyplomata.
Brak formalnych przesłuchań podczas Rady Europejskiej to szczególnie poważna wada w przypadku wyboru przyszłego szefa dyplomacji, bo żaden z potencjalnych kandydatów nie był nawet uczestnikiem wczorajszego szczytu.
- Duch traktatu lizbońskiego nakazuje większą demokratyzację i przejrzystość wyboru nowych szefów. Nie przestaniemy tego bronić - mówił wczoraj w Brukseli
Donald Tusk. Potwierdził, że były brytyjski premier Tony Blair telefonicznie nakreślił mu wizję prezydentury UE, o którą nieformalnie się ubiega. - Chcielibyśmy, aby Blair zrobił to samo na forum Rady Europejskiej - mówił Tusk. Jednak wbrew medialnym spekulacjom Blair nie przyleciał wczoraj do Brukseli.
- Strzeżmy się karykatury demokracji. Nicolas Sarkozy i
Angela Merkel szukają kogoś, kto ich nie przyćmi. Otwarta rywalizacja mogłaby wyłonić silnego przywódcę. Dlatego jej nie chcą - mówi francusko-niemiecki eurodeputowany Daniel Cohn-Bendit.
Formułę szczytu kadrowego jako tajnego konklawe, do którego tajemnic są dopuszczeni tylko nieliczni, szczególnie ostro krytykują politycy i dyplomaci z nowych państw UE.
- Ja chcę kandydować. Jako kobieta, która nie boi się publicznie zabiegać o unijny urząd, mogłabym nadać Unii ludzką twarz - przekonywała wczoraj była łotewska prezydent Vaira Vike-Freiberga. Wcześniej krytykowała zakulisowe rokowania za ich podobieństwo do "procedur sowieckich".
Żmudne szukanie równowagi między krajami europejskiego Południa i Północy, lewicą i prawicą, państwami dużymi i mniejszymi oraz - w niewielkim stopniu - między płciami sprawiło, że podczas przygotowań do szczytu coraz bardziej zapominano o intencjach autorów traktatu lizbońskiego, którzy chcieli postawić na czele Unii zręcznych i silnych przywódców.
- Przez osiem lat pracowaliśmy nad reformą Unii. A teraz dla wielu krajów UE głównym celem staje się powołanie jak najsłabszych polityków na oba urzędy. Czy po to były te wszystkie ratyfikacje i referenda? - pyta niemiecki politolog Joachim Vannahme.