Z kolei Brytyjka Catherine Ashton, dotychczasowa unijna komisarz ds. handlu, ma wzmocnić głos UE na świecie jako silniejsza szefowa unijnej dyplomacji niż jej poprzednik
Javier Solana. Będzie jednocześnie wiceprzewodniczącą Komisji Europejskiej zarządzającą kilkutysięcznym korpusem dyplomatycznym UE.
Co może przewodniczący Rady Wchodzący w życie 1 grudnia Traktat z Lizbony jest dość oszczędny, jeśli chodzi o określenie kompetencji nowego stałego przewodniczącego Rady Europejskiej. Dlatego przed szczytem znawcy UE podkreślali, że tak wiele zależeć będzie od osobowości tego, kto obejmie to stanowisko i dopiero wypełni je treścią. Ale stosowane przez prasę określenie przewodniczącego Rady Europejskiej jako "prezydenta Europy" jest na wyrost. Nie przypadkiem po angielsku częściej określa się go słowem "chairman", czyli "kierujący obradami lub organizacją".
Traktat stanowi, że przewodniczący Rady Europejskiej, wybrany większością kwalifikowaną przez szefów państw i rządów na odnawialną 2,5-roczną kadencję, ma zwoływać unijne szczyty i im przewodniczyć, zapewniając ciągłość prac i pomagając - jak stanowi Traktat - "osiągnąć spójność i konsensus" między przywódcami. Ma też zapewnić reprezentację Unii na zewnątrz w sprawach dotyczących wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, a więc to Van Rompuy będzie głównym przedstawicielem UE na szczytach z Moskwą, Waszyngtonem czy Pekinem. Słowem - zastąpi szefa rządu kraju, który zgodnie z obecnym Traktatem z Nicei sprawuje półroczne, rotacyjne przewodnictwo w UE.
Wielu krajom w UE, w tym Polsce (jak wyraził to rząd w dokumencie z 19 października) zależało, by nowy przewodniczący Rady Europejskiej nie rozszerzał swych kompetencji ponad te przyznane przez Traktat. Ma ograniczyć się do sprawnego kierowania pracami Rady Europejskiej. Nie ma mowy, by był "ucieleśnieniem" Europy "ani wewnątrz, ani na zewnątrz" - przekonuje belgijski ekspert ds. europejskich Pierre Defraigne. "Byłoby pewną mistyfikacją robić z kogoś wybranego przez 27 przywódców osobę, z którą Europejczycy mają się identyfikować" - powiedział Defraigne. Dlatego jego zdaniem Van Rompuy świetnie nadaje się na nowe stanowisko, bo trzeba tam osoby sprawnie kierującej dyskusją i szukającej kompromisu. I wcale nie trzeba być światowcem w stylu Tony'ego Blaira, by z powodzeniem reprezentować UE na szczytach z prezydentem
USA Barackiem Obamą czy Chin
Hu Jintao. "O wadze przewodniczącego Rady decyduje sam fakt, że mówi on w imieniu 27-ki" - powiedział Defraigne.
Co może szef unijnej dyplomacji Znacznie jaśniej Traktat z Lizbony określa stanowisko wysokiego przedstawiciela ds. polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Kompetencje pani Ashton będą znacznie większe w porównaniu z tymi, jakimi dysponował Javier Solana. Choć podobnie jak poprzednika mianowali ją szefowie państw i rządów UE, to musiał się na to zgodzić przewodniczący KE - gdyż szefowa unijnej dyplomacji zasiądzie na pięcioletnią kadencję w KE w randze wiceprzewodniczącej (zastępując obecną komisarz ds. stosunków zewnętrznych Benitę Ferrero Waldner). A to oznacza, że w przeciwieństwie do Solany dysponuje nie tylko mandatem politycznym państw UE, ale też znacznym budżetem na realizację unijnej dyplomacji. Solana był kimś w rodzaju koordynatora stanowisk 27 ministrów spraw zagranicznych państw UE, z budżetem ok. 240 mln euro rocznie. To niewiele, zważywszy że KE ma do dyspozycji ponad 10 mld euro rocznie na rozmaite programy i działania zewnętrzne.
Traktat z Lizbony przewiduje, że wysoki przedstawiciel "prowadzi wspólną politykę zagraniczną i bezpieczeństwa Unii", "czuwa nad spójnością działań zewnętrznych UE", przyczynia się swoimi propozycjami do opracowania polityki zagranicznej i ją realizuje - z upoważnienia ministrów spraw zagranicznych - dzięki podlegającej mu kilkutysięcznej służbie dyplomatycznej UE, która będzie pracować w rozsianych po świecie unijnych delegacjach i w siedzibie głównej w Brukseli.
Nie znikną zupełnie przewodnictwa rotacyjne krajów UE, jak sprawowane obecnie przez Szwecję, ale ich rola zostanie ograniczona, głównie do koordynowania prac w politykach sektorowych (transport, środowisko, rolnictwo, itp.) i poszukiwania konsensusu, by przyjąć unijną legislację. Ale to pani Ashton stanie na czele unijnej Rady ds. zagranicznych, odbierając ten przywilej ministrowi spraw zagranicznych krajowej prezydencji. To już nie premier Polski w drugiej połowie 2011 roku, kiedy zaplanowana jest polska prezydencja, lecz nowy stały przewodniczący Rady Europejskiej będzie zwoływał i prowadził unijne szczyty.
Traktat z Lizbony stanowi, że "prezydencję Rady, z wyjątkiem Rady do spraw zagranicznych, sprawują uprzednio ustalone grupy trzech państw członkowskich przez okres 18 miesięcy. Grupy te tworzone są na zasadzie równej rotacji (...) między państwami członkowskimi, przy uwzględnieniu ich różnorodności i równowagi geograficznej". Najważniejsze będzie kierowanie pilotującą całokształt unijnych prac Radą ds. ogólnych, w której zasiadają ministrowie ds. europejskich.
Trudno oczekiwać, by premier kraju przewodniczącego całkowicie schował się za plecami przewodniczących Rady Europejskiej. Jaka będzie jego rola - okaże się w praktyce. Polscy dyplomaci zapewniają, że podczas polskiej prezydencji polskiego szefa rządu nie zabraknie na głównych konferencjach prasowych kończących unijne szczyty czy na spotkaniach ze światowymi liderami.