Prawdziwa kariera 53-letniej Katherin Ashton, polityk której ambicje mieściły się angielskim hrabstwie Hertfordshire, zaczęła się na początku 1999 roku. Wówczas to za rządów Tony'ego Blaira otrzymała z nadania Partii Pracy tytuł szlachecki i dożywotnie parostwo, czyli miejsce w Izbie Lordów. Gdyby jednak nie Gordon Brown zapewne dalej byłaby wiceministrem edukacji, odpowiedzialnym za "pewny start" młodzieży. Nikt nigdy nie wybrałby jej pierwszym szefem unijnej dyplomacji.
To właśnie Brown pod koniec czerwca 2007 roku mianował ją szefową Izby Lordów, co w brytyjskiej tradycji oznacza miejsce wśród ministrów gabinetu. W parlamencie zasłużyła się głównie tym, że całkiem sprawnie "przepchnęła" przezeń traktat z Lizbony, co nie było takie łatwe, gdyż wcześniej Partia Pracy obiecywała, że zorganizuje referendum w sprawie nowego unijnego traktatu.
Po raz kolejny szczęście uśmiechnęło się dla baronowej Ashton z Upholland (tytuł wzięła od miejsca urodzenia) w październiku 2008 roku. Osłabiony wewnętrznymi spiskami Gordon Brown ściągnął do rządu z Brukseli swego wiernego człowieka Petera Mandelsona, zresztą też lorda. Zwolnił się więc fotel komisarza ds. handlu i to właśnie ona go zajęła.
W Brukseli zbierała dobre oceny i szybko zaskarbiła sobie uznanie szefa - Jose Manuela Barroso, choć zajęcie miejsca po jednym z najlepszych i najbardziej widocznych komisarzy jakim był Mandelson wcale nie ułatwiało jej startu. Szybko jednak pokazała, że umie pracować na swoje dobre imię, a niezłe kontakty z Barroso przydadzą się, kiedy jako szefowa dyplomacji UE zostanie jego zastępcą w kolegium komisarzy.
Przy wyborze baronowej Ashton na szefa unijnej dyplomacji nie decydowały jednak nie tylko jej kwalifikacje, elastyczność i sprawność, ale także narodowość i płeć. Wybór wywodzącej się z lewicy kobiety, w dodatku Brytyjki to parafrazując polskie powiedzenie - aż trzy grzybki w barszcz. Od kilku dni w Brukseli, i nie tylko, prowadzona była kampania na rzecz przyznania jednego z wpływowych stanowisk kobiecie. Eksperci przekonywali, że polityk z Wysp na stanowisku szefa dyplomacji UE gwarantuje, że
Wielka Brytania będzie dalej zaangażowana w budowanie wspólnej europejskiej polityki zagranicznej.
Z pierwszych reakcji na Wyspach wynika, że krytyczni wobec kandydatury Blaira konserwatyści nie będą rzucali jej kłód pod nogi. Tak więc choć baronowa nie jest Blairem i na wieść o jej przyjeździe nie zatrzymany zostanie ruch w Pekinie, to zapewne sobie poradzi.