Mógłbym tydzień kombinować i za nic w świecie bym nie odgadł, co to za banda. Normalnie jakby przystanek autobusowy przenieśli w to miejsce. Zwyczajne kobiety, dziewczyny i paniuńcie na wysokich obcasikach. Chłopaki, faceci i zgredy w futrzanych czapach. Tacy sobie ludzie. Stoją i jarają papierosy. Prawie wszyscy. Jak to Rosjanie. Nie ma nawet jednego rozkudlonego hipisa, dziewczyny z irokezem, z ćwiekami na wardze czy choćby na kurtce. Żadnego uwalanego jak prosię brudasa, usmarkanego dziesięciolatka czy nastolatki z podkrążonymi oczami, która za 50 hrywien robi laski na wylocie z miasta.
Nikt by nie odgadł, że to 99 donieckich narkomanów. Nie ćpają zaledwie od dwóch-trzech miesięcy. Stoją, bo siostra Andżelika jak zwykle spóźnia się do pracy. A to ona codziennie rano wydaje im metadon, czyli o dwa nieba silniejszy od morfiny syntetyczny narkotyk niedający tak zwanego haju, który przyjmują w ramach terapii zastępczej, czyli substytucyjnej. Małe dawki metadonu zastępują im opiaty, które przyjmowali nałogowo wiele lat.
No i co? Taką bandę można zebrać w każdym europejskim mieście.
No, niezupełnie taką. Bo to są tramadolszczycy. Ofiary lekarstwa przeciw bólowi w czerwonym albo żółtym papierku za 12 hrywien (6 złotych) w aptece, po którym miałeś odlot, jakby cię koń walnął kopytem w łeb. Całkiem nie gorszy od jazdy po kompocie ze słomy makowej. Wystarczyło tylko, na początek, zamiast jednej wziąć pięć pastylek. I uzależniał tak samo szybko i mocno jak heroina.
To jakim cudem 99 ćpunów nagle tak sporządniało?
Ano takim, że w połowie zeszłego roku, po dziesięciu latach legalnej sprzedaży, tramadol został uznany na Ukrainie za narkotyk. I z dnia na dzień wycofali go z obrotu, a przecież ćpały go na co dzień dziesiątki, a może setki tysięcy ludzi. Każdy ukraiński narkoman od niego zaczynał. Brał, kiedy nie miał forsy, niczego lepszego albo mocniejszego pod ręką. Po prostu heroina dla ubogich i cudowne lekarstwo na narkotykowe głody. Zamiast. W jednym tylko pięciomilionowym obwodzie donieckim (województwie) było 1800 aptek, w których go sprzedawano.
W Woroszyłowskiej dzielnicy Doniecka było 60 legalnych "aptecznych punktów" i "kiosków aptecznych", w których nie sprzedawano niczego poza tramadolem, tramalginem, tramalganem... To różne nazwy tego samego draństwa. Wszyscy nazywali te miejsca młodzieżowymi albo tramadolowymi aptekami. Do tego doliczyć trzeba armię ulicznych dilerów, którzy opychali kaliosa z ręki. (Kalioso znaczy koło i tak slangowo się mówi na dragi na Ukrainie).
Dla ukraińskich ćpunów nastały ciężkie czasy.
Ale co mnie to obchodzi? Jacyś tramadolszczycy? Nic zupełnie! Gdyby nie Dima. Dimka z twarzą anioła.
Gawrosz
Dimka to kolejne rosyjskie dziecko, które bym sobie zgarnął z ulicy. Jak bezpańskiego psa albo kociaka. Jesteś niczyj, to chodź, od dzisiaj będziesz mój.
Gdyby to było takie proste, miałbym już kilkanaścioro takich w domu. Wystarczy się nie opędzać. Bystrych i zaradnych jak diabli, twardych i niekapryśnych, które potrafią łasić się nawet wzrokiem. Zadziwiają na każdym kroku, a do tego często są śliczne jak anioły, więc zakochujesz się w dziecku w kilka minut. Potem pogadacie, opowiadasz mu, że niestety, dzieli nas granica. Opychacie się frytkami, hamburgerami, popcornem i zostawiasz je w ulicznym syfie, gdzieś je znalazł. I ze ściśniętym sercem ruszasz dalej w drogę.
Dimka na planie miasta pokazał mi, w których aptekach najtaniej kupić tramadol i gdzie znaleźć ulicznego dilera z kaliosami. Na pierwszy rzut oka odróżniał ich od tych, którzy handlują szyrką, a więc miejscową heroiną, i wintem, czyli podobną do amfetaminy ukraińską efedryną z syropu na kaszel. Dima lepiej czytał mapę niż większość donieckich taksówkarzy, chociaż nigdy w życiu nie jechał taksówką. Na rowerze także. Nigdy nie rozmawiał przez telefon, nie jadł tortu, nie kupił gazety... Nigdy w życiu nie był w kinie, na basenie ani u lekarza, chociaż miał 12 lat. On nawet nie pamiętał, czy kiedykolwiek oglądał telewizję (poza tym, że na wystawie sklepowej) i czy był głodny. Tak zwyczajnie, jak każdy przed obiadem czy kolacją. Bo Dimka i jego bezdomni koledzy cały dzień poświęcają na zdobywanie żywności. To ich jedyne zajęcie. Ludzie ich karmią. Żywią tym, co mają w siatkach, koszykach i torbach. Myślę, że Dimka, tak jak sikorka, każdego dnia mógł zjeść więcej, niż sam ważył. Cały czas memłał w gębie jakieś jadalne badziewie.
Poznałem go w końcu 2006 roku, kiedy pierwszy raz byłem w Doniecku. W ciągu ostatnich dwóch lat trzy razy uciekał z domu dziecka. Trzymał się ze starszym o pięć lat tatarskim chłopcem Ramilem, którego wszyscy mali włóczędzy nazywali Szamanem, bo był inny. Najmniejszy, chociaż najstarszy ze wszystkich. Matka wygnała go z domu, kiedy się okazało, że już nie urośnie.
Fantastyczne było z nich combo. Mały i duży. Ładny i brzydki. Gaduła i milczący. Dimka był wesoły, odważny, rezolutny. Ramil - ponury, nieśmiały i bojaźliwy. Cały dzień żebrali w okolicach centralnego bazaru i McDonalda.
Nie było wątpliwości, do którego może kiedyś uśmiechnąć się los, a któremu na sto procent da kopa.
Dowiesz się tego na końcu.
Kaliosa
Andriej miał 12 lat, kiedy został tramadolszczykiem.
- Moi koledzy z klasy po szkole biegali z automatami i bawili się w wojnę - opowiada Andriej - a ja ze starszymi chłopakami hodowałem w ogródku marihuanę z sadzonek przywiezionych z Krymu. W 1998 roku w aptekach pojawił się tramadol z importu. Z Indii, Rosji, Niemiec i z byłej Jugosławii. Później robili go także u nas. Spróbowałem i było strasznie. Mało flaków nie wyrzygałem. Potem zapalam papierosa, biorę do gęby i zamieram, oczy się zamykają, coś przed nimi lata... Bardzo dziwne. Trudno opisać. Otwieram oczy i widzę, że ten papieros pali się już w palcach, ale nie czuję bólu. Widzę tylko i czuję smród palonych paznokci.
Źródło: Duży Format