http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza >  Teksty

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum RSS Wyborcza.pl

"Zaginione białe plemiona"

Paweł Goźliński
2009-11-28, ostatnia aktualizacja 2009-11-19 10:54

Riccardo Orizio, przeł. Joanna Ugniewska i Mateusz Salwa, Czarne, Wołowiec


Jan Paweł II, wylądowawszy na Haiti, pocałował ziemię dwa razy, co wywołało wojnę domową, która obaliła krwawego Baby Doca. Ojciec Święty był przecież również najwyższym kapłanem wudu, miał do dyspozycji legiony duchów, które zwykły spadać na swoich wyznawców, zagarniać ich ciała i robić z nimi, co chcą.

Wierzę w to. Naprawdę. Związki polskiej kultury i wudu są przecież oczywiste.

Zwariowałem? Może. Ale nie sam. Nawet Mickiewicz pisał, że dziady odprawia się także na wyspach Nowego Świata, a obrzędy pogańskie pomieszane są w nich z chrześcijańskimi wyobrażeniami. Mickiewiczowi miałbym nie wierzyć?

Ale nie wierzę, że czarniawi Polacy - tak jak to opisał w jednym z rozdziałów swojej książki pan Riccardo Orizio z Włoch - na Haiti tańczą polkę. Niech mnie Szczygieł świśnie, jeśli polka to nie jest czeski taniec. Więc dlaczego mieliby go pielęgnować, jako być może jedyny element narodowej spuścizny, haitańscy potomkowie polskich legionistów? Polskich strojów ludowych nie mają (kazano im je przywdziać z okazji papieskiej wizyty), a polkę tańczą?

W ogóle z czarniawymi Polakami na Haiti, do których dotarł pan Orizio, mam problem. Nie dlatego, że są czarniawi. I, broń Boże, nie dlatego, że są "nieprawdziwymi" Polakami. Nie wiem, co to za typ "prawdziwy Polak", i raczej nie chcę wiedzieć. Kocham za to czarniawych, białawych, żółtawych, zielonkawych Polaków, bo nudzą mnie narodowe monokultury. Ale w imię mojego ideowego widzimisię nie będę przecież majstrował przy rzeczywistości.

No więc wierzę w afrohaitańskie bóstwa. Wierzę, że Oxala to Chrystus, Szango to Jan Chrzciciel, a Baron Samedi to sam Diabeł. Ale nie wierzę, że pan Orizio spotkał na Haiti zaginione polskie plemię. Bo go tam nie ma.

Owszem, żyją tam biedni ludzie. Nawet na pewno są potomkami polskich żołnierzy Napoleona, którym się przez chwilę zdawało, że walcząc na Haiti z murzyńskim powstaniem, walczą też o polską niepodległość. Ale ich polskość tyle ma z Polską wspólnego, co papaja z kartoflem. Bo ich Polska jest takim ciut mesjanistycznym marzeniem o wydobyciu się z nędzy. I papieżu - wielkim mężu, który wyprowadzi ich z tropikalnej niewoli i poprowadzi ku zamorskiej krainie szczęśliwości.

W gruncie rzeczy nawet im trochę zazdroszczę, bo ich Polska jest marzeniem, a moja widokiem z okna na szare miasto. Ale mogę sobie pomarzyć o książce, która opisze Haitańczyków z rozrzedzoną polską krwią w żyłach, bez zniekształcających obraz ideologicznych okularów. I której autor będzie na tyle kompetentny, by wiedzieć, że Polakiem, który pojechał na Haiti i przywiózł stamtąd kapłana wudu, nie był żaden Jerzy Detopski, ale Jerzy Grotowski.

Może za wiele wymagam, już nawet się zaczynam wstydzić za swój polonocentryzm. Ale i tak to powiem: to obciach, panie Orizio, nie wiedzieć, kim był Grotowski.

Źródło: Duży Format

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

0

0 głosów

Brak komentarzy
W środę z ''Gazetą''
* Gazeta Dom
* Zdrowa środa: Urazy ortopedyczne