Sądząc po tym, co obcokrajowcy piszą o Polsce w swoich blogach, najbardziej szokują ich dwie rzeczy.
Po pierwsze, popularne u nas muszle klozetowe z półeczką, na której można oglądać to, co na nie spadło (na świecie sedesy zwykle projektuje się tak, żeby wszystko jak najszybciej przepadło jak kamień w wodę, bo taka jest przecież ogólna idea).
Blogerzy przeprowadzili w tej sprawie dochodzenie i ustalili, że wszystkiemu jak zwykle są winni
Niemcy. To oni wymyślili model z półeczką. Dlaczego? Na ten temat wypowiadały się najtęższe umysły. Sławoj Żiżek
rozważał go w swojej recenzji z książki Timothy'ego Gartona Asha "Wolny świat".
Ten felieton jest za krótki, by powtórzyć drogę kolejnych skojarzeń, które prowadziły słoweńskiego filozofa od geopolityki do projektowania muszli klozetowych. W skrócie: Żiżek uważa, że traktowanie materiałów na sedesowej półeczce jako matiere-a-penser stanowi ekskrementalny kontrapunkt do Lévi-Straussowskiej opozycji surowe - gotowane. Cytując Erikę Jong i G.W.F. Hegla, Żiżek dochodzi do ostatecznego wniosku, że sedesy z półeczką stanowią odzwierciedlenie refleksyjnej staranności cechującej niemiecką filozofię.
Zajmijmy się więc drugą rzeczą, która w Polsce szokuje obcokrajowców - o ile mi wiadomo, jeszcze przez Żiżka nieprzeanalizowaną. Jest nią instytucja telewizyjnego lektora.
Kiedyś BBC zaprosiło mnie na krótką rozmowę przez telefon na temat polskiego serialu "Londyńczycy". Londyńskiego dziennikarza najbardziej interesowało to, jak Polacy będą reagować na to, że serialowe dialogi toczone w języku angielskim tłumaczone są napisami - a nie przez naszego słynnego na cały świat lektora.
Dla obcokrajowców niepojęty jest nie tylko lektor, ale też skomplikowane reguły sprawiające, że czasem chcemy słyszeć głos lektora, a czasem jednak wolimy czytać napisy. No i kiedy dokładnie akceptujemy dubbing?
Jestem Polakiem, mam na to papier i cały zespół zachowań, więc dla mnie też jest oczywiste, że angielski serial z angielskimi aktorami powinien być tłumaczony w telewizji przez lektora, a kiedy angielskie dialogi wygłasza Rafał Maćkowiak, naturalne wydają się napisy. Kiedy jednak angielski dziennikarz podstępnie pyta mnie: "A dlaczego?", nie umiem tego wyjaśnić.
Od dziecka jesteśmy w Polsce przyzwyczajani do tego, że każda baśń kończy się słowami: "Żyli długo i szczęśliwie; czytał Tomasz Knapik". Taka jest naturalna kolej rzeczy - pytać "dlaczego?" to jak pytać, czemu woda jest mokra.
Londyńskiego kolegi nie mogłem pozostawić bez odpowiedzi, zaryzykowałem więc hipotezę, że akceptacja dla napisów będzie w Polsce rosła razem z cyfryzacją i przesiadką na większe ekrany plazmowe i LCD. I chyba nie miałem racji, o czym świadczy eksperyment przeprowadzony przez telewizję AXN - z definicji dostępną praktycznie tylko dla ludzi, którzy rewolucję cyfrową już w swoim domu rozpoczęli.
W tym sezonie flagowym serialem AXN jest "Flashforward: Przebłysk jutra" na podstawie powieści s.f. Roberta Sawyera. Przed wprowadzeniem go na antenę stacja ogłosiła wśród widzów ankietę, czy chcą słyszeć oryginalne głosy aktorów i czytać napisy, czy też po staropolsku chcą lektora zagłuszającego oryginalny dźwięk.
W ankiecie 2857 widzów zabrało głos przez telefon, 1715 - przez internet. Wynik: 67 do 32 proc. (telefon) lub 60 do 40 proc. (internet) na rzecz lektora.
Nie można w tej sprawie liczyć na postęp techniki. Człowiek zbuduje stałą bazę na Marsie i odkryje lekarstwo na raka, a Polacy i tak będą chcieli oglądać seriale z lektorem.
Gdyby teraz dziennikarz z BBC znów mnie zapytał "dlaczego?", odpowiedziałbym tak: polski lektor swoim beznamiętnym głosem zagłusza emocje wyrażane przez aktorów, tak jak według Freuda superego próbuje stłumić głos id. Słowa lektora wobec słów aktorów stają się więc metajęzykiem w sensie Tarskiego, wyrażającym polski ksenofobiczny Weltanschauung.
Polski lektor niemal zawsze jest mężczyzną, bo potrzebujemy go jako lacanowskiego phallusa symbolicznie przebijającego Obcość (w sensie Kojeve'a), która wiąże się z aktorami pochodzącymi z innego kraju. Dlatego właśnie lektora nie potrzebujemy, gdy po angielsku mówi nasz swojski chłopak - bo dyć to nasz Maćkowiak, choć po zamorskiemu goda.
Ciekawe, co by Żiżek powiedział na taką interpretację.