Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Do sporu o krzyże w podstawówce nr 16 na warszawskim Ursynowie w ogóle nie powinno dojść. Krzyże nigdy nie wisiały tu w klasach, katecheci przynosili je tylko na lekcje religii i stawiali przy tablicy.
Wydawało się, że wszyscy są zadowoleni.
Ale raz jeden z katechetów (w szkole jest ich troje) zapomniał po lekcji zabrać krzyż z klasy. Do tej samej sali przyszli potem rodzice na zebranie. Kilku widok krzyża oburzył. Zażądali natychmiast od dyrektorki usunięcia go z klasy - w końcu szkoła ma być świecka!
- Jako dyrektor muszę godzić racje rodziców, którzy wyznają wiarę katolicką, i tych, którzy jej nie wyznają. Znalezienie złotego środka jest bardzo trudne. Dotychczasowe rozwiązanie akceptowali i nauczyciele, i katecheci, i rodzice - mówi dyrektorka szkoły Iwona Grelka.
Dlatego poprosiła katechetów, żeby zwyczajów szkoły nadal przestrzegali i swoje krzyże ze szkoły zabierali po lekcjach.
Tym razem katecheci się oburzyli. I niektórzy w ogóle przestali przynosić na religię krzyż.
Żądamy pilnej zmiany Wtedy do sprawy wkroczyli rodzice katolicy.
- Ksiądz w kościele opowiadał o prześladowaniach chrześcijan, a potem nagle o tych krzyżach w naszej szkole - mówi matka pierwszoklasisty. Z 40 innymi rodzicami napisała list do dyrektorki. "Z wielką przykrością stwierdzamy, że szkoła, do której posyłamy nasze dzieci, jest jedyną znaną nam na Ursynowie, w której zrezygnowano z obecności Krzyża - symbolu naszej wiary. Żądamy zdecydowanie pilnej zmiany tego stanu rzeczy".
Wpadli na pomysł - wyznaczmy specjalną klasę do katechezy, w której krzyż będzie wisiał na stałe.
- Skoro szkoła zatrudnia osoby duchowne do uczenia religii, to i tak nie można mówić o pełnej laickości - twierdzi matka, współautorka listu.
Rodzice powołują się na konkordat i konstytucję. M.in. artykuł 48, zgodnie z którym "mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami".
Co ciekawe, na to samo prawo powołał się dwa tygodnie temu Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu. Tylko że wydał orzeczenie przeciwne - uznał, że obecność krzyży w klasie może właśnie to prawo rodziców naruszać. Trybunał zajął się sprawą krzyży na wniosek matki uczniów z Włoch.
- We Włoszech umieszczanie krzyża w klasach szkolnych jest obligatoryjne. W Polsce jest inaczej - mówi Bożena Skomorowska z biura prasowego
MEN. Bo zgodnie z rozporządzeniem MEN z 14 kwietnia 1992 r. w sprawie warunków i sposobu organizowania nauki religii "W pomieszczeniach szkolnych może być umieszczony krzyż".
Na podobny pomysł, co rodzice z Ursynowa, wpadł dyrektor II Społecznego
Gimnazjum i Liceum w Lublinie Adam Kalbarczyk - też chce wyznaczyć jedną salę na katechezę i powiesić w niej krzyż.
- Orzeczenie Trybunału w Strasburgu uświadomiło mi, że krzyż w klasie przez niektórych może być uważany za przejaw opresji religijnej. Ponieważ oznacza, że przestrzeń klasy jest temu symbolowi podporządkowana. A w naszym kraju jest to również symbol dominacji Kościoła katolickiego - mówi Kalbarczyk. W jego szkole większość uczniów jest wierząca. O tym, czy powiesić krzyż, decydowała dotąd klasa, która opiekuje się danym pomieszczeniem. Krzyże wiszą w kilku spośród około 20 sal.
Wybudujemy salę dla krzyża Minister edukacji
Katarzyna Hall: - Umieszczanie krzyża w salach szkolnych powinno być wynikiem wspólnej woli środowiska szkolnego. Nie powinno też powodować napięć lub konfliktów.
Dyrektor Grelka z warszawskiego Ursynowa zapewnia, że właśnie próbuje uniknąć konfliktu. Co więc stoi na przeszkodzie, żeby w jednej klasie na stałe wisiał krzyż?
- Warunki lokalowe - odpowiada. - W szkole przeznaczonej dla trzystu uczniów uczy się ich ponad dwa razy więcej.
Jednak obiecuje, że salka z krzyżem w końcu będzie. - We wrześniu, jak wybudujemy drugi budynek szkoły - mówi.
Ale rodzice chcą specjalnej sali z krzyżem teraz. - Jesteśmy katolikami. Do czego mają się modlić nasze dzieci, do tablicy? - mówią. Katolicy stanowią w szkole większość. - Do tej pory siedzieliśmy cicho. A dyrektorka przestraszyła się mniejszości.
Rodzice chcą iść do samorządu i do kuratorium. - Podpisy po listem zbieraliśmy naprędce. Jeśli będzie trzeba, możemy ich mieć choćby pięćset - mówią.