17 listopada 1989 r. wielotysięczna studencka demonstracja w Pradze zmieniła się za sprawą policji w takie pałowanie, po którym Czechosłowacy powiedzieli sobie, że dalej tak być nie może, i przestali się bać.
Państwo czeskie nie obchodziło tej rocznicy. Nie dlatego, że nie chciało, i nie dlatego, że przy władzy są mniej czy bardziej ukryci komuniści, jak np. na Słowacji, gdzie rządzi najbardziej komunistyczny po Aleksandrze Łukaszence premier Europy Robert Fico. Ten wolał wyjechać z wizytą do Moskwy i Londynu, żeby tylko nie być w Bratysławie i nie brać udziału w obchodach. Fico nigdy nie świętował rocznicy aksamitnej rewolucji. W zeszłym roku zwyczajem komunistów przecinał wstęgę, otwierając część jakiejś autostrady.
Ale u nas o 17 listopada po prostu zapomniano.
Rząd Mirka Topolanka, który obchody aksamitnej rewolucji miał nie tylko w swoim programie, ale nawet wśród najważniejszych punktów półrocznego czeskiego przewodnictwa wUE, upadł na wiosnę. Następujący po nim gabinet fachowców już dwa miesiące temu miał przejść do historii. Już dwa miesiące temu miały się odbyć wybory, miał być inny rząd, inny premier.
Jednak według orzeczenia trybunału konstytucyjnego parlament ogłosił wybory na podstawie ustawy, która nie była zgodna z konstytucją. W związku z tym wybory odwołano. Kiedy na szybko, w zgodzie z konstytucją, próbowano to naprawić poprzez inną, szybką ustawę, przewodniczący socjaldemokracji Jirzi Paroubek przeczytał ostatni sondaż opinii publicznej i dowiedział się, że przegra wybory. Więc rano, w dzień głosowania w parlamencie, wycofał się z obietnic. Machina czeskiej demokracji parlamentarnej zaskrzypiała, zahuczała i zatrzymała się.
Tymczasowy premier Jan Fischer swoją umowę o pracę w urzędzie rady ministrów rozszerzył na kolejne miesiące, ale w chwili gdy to zrobił, władzę przejął na chwilę prezydent Vaclav Klaus. Oświadczył narodowi, tak jak przez 40 lat robili to nasi komuniści, że na granicach Czech czekają hordy Niemców sudeckich, aby opanować kraj. Warunek, od którego uzależnił podpisanie traktatu lizbońskiego, wydobył na światło dzienne wszystko co najgorsze w narodzie czeskim. Cała Unia musiała potwierdzić Klausowi, a za jego pośrednictwem także Czechom, ważność dekretów Benesza, zasadność wygnania trzech milionów Niemców sudeckich i konfiskaty ich majątków.
Obawy przed Niemcami, ta od dziesięciu lat próchniejąca totalitarna relikwia, znów stały się przedmiotem narodowych przemyśleń, by celowo, jak za czasów komunistów, wywołać strach - wówczas przed Zachodem, teraz przed łączącą się Europą.
Unia spełniła warunki Klausa. Wtedy ten gdzieś w zaciszu praskiego zamku podpisał traktat, wystąpił przed narodem, a następnie powiedział narodowi: Republika Czeska przestała istnieć jako państwo suwerenne. Jego zdaniem to kolejna kapitulacja, kolejne Monachium, kolejna kapitulacja przed Niemcami i "niemiecką" Europą, czarna karta czeskiej historii.
Dla Czechów, którzy patrzą na to odwrotnie niż Klaus - a mimo jego zaklęć wciąż jest nas większość - to koniec smutnych, kłopotliwych miesięcy wstydu: za prezydenta, za czeskich polityków, za własne państwo, które doprowadziło UE na skraj rozpadu. Wszystko to stało się długim, ciemnym wstępem do "nieświętowania".
Kilka dni temu razem z koleżanką Teresą kończyliśmy artykuły, tym razem o sporach wokół wyboru czeskiego eurokomisarza. Do Berlina na uroczystości 20. rocznicy upadku muru berlińskiego zjeżdżał się cały świat. Piliśmy właśnie popołudniową kawę, kiedy przyszło mi do głowy pytanie: "Tereso, czy przyjedzie ktoś do Pragi 17 listopada?". Po kolejnym dniu pracy upewniliśmy się, że nie przyjedzie nikt. Dużo mówiące były odpowiedzi, jakie otrzymaliśmy z ambasad takich krajów jak Francja czy
Wielka Brytania, które na pytanie odpowiadały pytaniem: "O jakich uroczystościach 17 listopada pan myśli?".
W ambasadzie
USA powiedziano nam, że około 17 listopada przyjedzie do Pragi minister transportu, ale nie ma w planach uczestnictwa w żadnych uroczystościach, nawet jeśli takie miałyby miejsce.
Jedyną godną uroczystość z udziałem zagranicznych gości zorganizował senat, druga izba parlamentu, o istnieniu której Czesi praktycznie nie pamiętają. Była to międzynarodowa konferencja.
Ostatecznie jednak świętowano w Pradze. Dzięki Vaclavowi Havlowi, studentom, społeczności akademickiej, inicjatywom obywatelskim, które bez wsparcia państwa i nawet bez pomocy władz Pragi zorganizowały powtórkę studenckiej manifestacji z roku 1989 z praskiego Albertowa na Narodni tride oraz duży, wieczorny koncert w centrum Pragi. Dzięki "społeczeństwu obywatelskiemu" tworzonemu wciągu 20 lat demokracji przez Vaclava Havla i ludzi z jego otoczenia wbrew oporowi Klausa i jego zaplecza.
Na uroczystości Havla zorganizowane w zrekonstruowanym za pieniądze z jego fundacji kościele św. Wawrzyńca przyjechali goście z zagranicy: była sekretarz stanu USA, Czeszka z pochodzenia Madeleine Albright, Adam Michnik ("polski myśliciel", jak napisał tygodnik "Tyden"), francuski filozof André Glucksmann, przyjaciele Havla z amerykańskiej sceny muzycznej, z czasów, kiedy był jeszcze więźniem i dysydentem - Susan Vega, Lou Reed, Joan Baez i solistka Metropolitan Opera Renée Fleming.
Havla i Czechów wirtualnie pozdrowili w ramach specjalnej
wideo - konferencji:
Barack Obama, Angela Merkel, Michaił Gorbaczow, Bono. Widziały to 2 mln Czechów, które w tym momencie wraz z setkami gości w"świątyni Havla" śledzili transmisję telewizyjną. Nieoczekiwanie (choć był zaproszony) przybył prezydent Klaus. Kiedy w swym przemówieniu stwierdził, iż wciąż myśli, że w Pradze nie było żadnej rewolucji, a do upadku komunizmu w największym stopniu przyczynili się nie dysydenci, ale ci, którzy przeciwko władzy nic nie robili, groziło mu wygwizdanie, a ludzie zaczęli wołać: "Nie masz tu nic do roboty!". Wtedy Klaus znalazł słowa podziękowań za rolę, jaką w wydarzeniach z listopada 1989 r. odegrał Vaclav Havel, co wywołało ulgę i niekończące się oklaski.
17 listopada Klaus świętował już po swojemu, pod akademikami im. Josefa Hlavky, wspominając wydarzenia z 17 listopada 1939 r. Wtedy to za sprawą egzekucji czeskich studentów rozpoczęła się w pełni nazistowska, czytaj "niemiecka", okupacja Czech.
Czesi nie pozwolili jednak prezydentowi odebrać sobie obchodów 20. rocznicy aksamitnej rewolucji. Przy przejściu na Narodni tride, w miejscu, gdzie przed 20 laty kordony policji zaatakowały demonstrantów, świeciły się do nocy tysiące świec. Zapalonych za
Czechy i ich wolność słowami Vaclava Havla z sobotniego wystąpienia do narodu: "Nasz kraj rozkwita, choć czasami bardzo dziwnie".