Jan Krzysztof Bielecki po raz drugi może zostać premierem. I po raz drugi w wyniku wyborów prezydenckich. Był już szefem rządu w 1991 r. na prośbę wybranego właśnie prezydenta Lecha Wałęsy.
Po 18 latach jego nazwisko jest mocne na politycznej giełdzie. Od kilku tygodni w Platformie krążą informacje, że to on będzie następcą Donalda Tuska, jeśli ten wygra wybory prezydenckie w 2010 r.
To Bielecki - zaufany Tuska z czasów Kongresu Liberalno-Demokratycznego, dziś prezes Banku Pekao SA - doradził radykalne zmiany w rządzie po wybuchu sprawy hazardowego lobbingu. Tusk odwołał sześciu ministrów, w tym najbliższego współpracownika, wicepremiera i szefa
MSWiA Grzegorza Schetynę (odesłał go do Sejmu na szefa klubu PO).
Wcześniej to Schetyna był prawie pewnym następcą Tuska w fotelu premiera.
Bielecki stoi w drzwiach Jan Krzysztof Bielecki dotąd zaprzeczał spekulacjom, że może być premierem. Ale w dzisiejszym wywiadzie dla "Gazety" po raz pierwszy zostawia otwartą furtkę. Pytany, czy nie chce być premierem, odpowiada wymowną anegdotą: - Gdy zbliżały się wybory do parlamentu w 1989 r. siedzieliśmy w mieszkaniu Macieja Łopińskiego i zastanawialiśmy się, kto ma być kandydatem do Sejmu i Senatu w naszym okręgu. Na zebraniu był
Bogdan Lis,
Bogdan Borusewicz, Jacek Merkel i cała gdańska wierchuszka. Brakowało nam jednego czy dwóch dobrych kandydatów i zaproponowałem Janusza Lewandowskiego. I na tym zebraniu wszyscy orzekli, że to nie Lewandowski, ale ja muszę tam jechać. W ten sposób zupełnie nieoczekiwanie znalazłem się na liście wyborczej, choć tego nie planowałem - mówi Bielecki.
„Gazeta”: - To brzmi tak: jak będzie trzeba, stanę na czele rządu.
- Tak się złożyło w moim życiorysie, że u mnie nic nie daje się zaplanować. Zapomnieliśmy o tym, że jak była taka potrzeba, to przez trzy lata byłem kierowcą ciężarówki, a przez rok bezrobotnym bez prawa do zasiłku. Po prostu, jak każdy dobry sportowiec, zawsze żyję najbliższym meczem - mówi Bielecki.
Ironizuje też: - Jestem dyżurnym kandydatem na różne stanowiska. Kiedyś miałem ponoć zostać szefem
PZPN, potem komisarzem w Unii Europejskiej, teraz obsadza się mnie w roli kandydata na premiera. Dobrze chociaż, że awansuję w tym swoim "dyżurowaniu".
Ale w PO jego słowa odbierane są jednoznacznie. - Pokazują, że w polityce, jak w życiu, nigdy nie mówi się nigdy - mówi "Gazecie" wiceszef klubu PO Grzegorz Dolniak. - Każdy polityk, a takim z pewnością jest Jan Krzysztof Bielecki, pozostawia sobie otwarte drzwi.
J.K.B. między wyborami Według naszego rozmówcy z otoczenia Tuska premier poważnie bierze pod uwagę scenariusz z Bieleckim. - Ten wariant dawałby mu jako prezydentowi możliwość wpływania na rząd i jednocześnie zamykałby drogę do fotela premiera politykom, którzy są kwintesencją PO - mówi nasz rozmówca.
Kandydatura Bieleckiego mogłaby jednak wywołać duże napięcia w PO. - On nie jest z Platformy i nie ma własnego zaplecza. Wiele zależałoby od tego, co udałoby się zaproponować Bronisławowi Komorowskiemu i Grzegorzowi Schetynie, którzy mają premierowskie ambicje - mówi ten sam polityk.
Według naszych źródeł w PO jeden ze scenariuszy zakłada, że Bielecki zostałby premierem od wyborów prezydenckich w 2010 r. do wyborów parlamentarnych w 2011 r. Później mógłby go zastąpić Schetyna (jeśli nie pogrąży go komisja ds. hazardowego lobbingu) lub Komorowski (jest też wymieniany jako kandydat na szefa PO). Ale - jak mówi nasz rozmówca - do wyborów prezydenckich wiele może się zmienić.
Kolejny nasz rozmówca mówi, że Bielecki byłby też - na dłuższą metę - premierem trudnym do zaakceptowania przez
PSL, z którym Platforma nie wyklucza koalicji po kolejnych wyborach. - J.K.B. - bo tak mówią o nim politycy - jest apodyktyczny i mało socjalny w przeciwieństwie do Schetyny, który zawsze chuchał na PSL - opowiada nam współpracownik premiera. - Dlatego wariant, że zostałby premierem na całą następną kadencję, jest mało prawdopodobny.
Choć Tusk o starcie na prezydenta zdecyduje dopiero w maju, scheda po nim budzi coraz większe emocje w PO. Janusz Palikot bagatelizuje wypowiedź Bieleckiego dla "Gazety". - To czy Bielecki zostanie premierem, nie będzie zależało od niego, tylko od decyzji klubu i Tuska - powiedział nam wiceszef klubu PO z Lublina.
W scenariusz z Bieleckim nie wierzy też Schetyna. - Był już premierem paręnaście lat temu i nie sądzę, żeby się teraz podjął tego wyzwania. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Bielecki prowadzi wielką firmę. Nie widzę w nim woli, chęci, planu zostania premierem, prowadzenia rządu. To ciężka praca, i on o tym wie - mówił Schetyna w Radiu TOK FM.
Ale nasz rozmówca z gdańskiego otoczenia Tuska ma inne zdanie: - Bielecki odniósł już sukces w biznesie. Bycie po raz drugi premierem to sprawa ambicji, ukoronowanie kariery.