http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Haneke. Wściekły i podstępny

Tadeusz Sobolewski
2009-11-20, ostatnia aktualizacja 2009-11-18 16:45

Byli Antonioni i Bergman, teraz jest Michael Haneke

Scena z
Fot. Monolith Plus
Scena z "Białej wstążki": dzieci pastora spóźniają się na kolację. Zamiast niej...
Filmy Michaela Hanekego - reżysera intelektualisty, miłego starszego pana, bywają tak dotkliwe, że niektóre z nich nadają się tylko do jednorazowego obejrzenia. Wim Wenders nie dotrwał do końca canneńskiej projekcji "Funny Games". "On jest chory!" - usłyszałem po festiwalowym pokazie "Pianistki".

Błędne rozpoznanie. Haneke przypomina raczej lekarza patologa, który bada choroby cywilizacji, stawiając widza obok siebie, w roli współuczestnika eksperymentu. "Życzę państwu niemiłego wieczoru" - zapowiadał swój film "Ukryte" na festiwalu w Londynie.

Tegoroczna Złota Palma w Cannes za "Białą wstążkę" przypieczętowała jego pozycję w kinie, choć już wcześniej był gotów do odebrania tej najwyższej filmowej nagrody. Po odejściu wielkich europejskich reżyserów-autorów: Bergmana, Bun~uela, Antonioniego, Felliniego oraz ich młodszych spadkobierców - Tarkowskiego, Kieślowskiego, wydawało się, że kino nie będzie już w stanie zdobyć się na tak indywidualny ton, tak przenikliwą ironię, dystans wobec rzeczywistości i wobec samego siebie. Jednak gdy ogląda się "Białą wstążkę", wydaje się, że jest to adaptacja jakiejś wielkiej powieści w rodzaju "Biesów" Dostojewskiego lub "Doktora Faustusa" Manna. Jednak za tym filmem stoi sam Haneke. Swoimi filmami pisze "europejską powieść". Przeprowadza wielką krytykę współczesności, sięgając - jak w "Białej wstążce" - do jej korzeni.

Ten Austriak w szczególny sposób łączy w swoim kinie intelektualny rygor i zdolność do uchwycenia tego wszystkiego, co nas w dzisiejszym świecie przerasta, czego nie umiemy nazwać, czego się boimy, co jest ukryte i rozproszone. O jego filmach trudno się mówi, ale bardzo chce się o nich myśleć, chociaż nie sposób zamknąć ich w jakiejś jednej formule. Są "polifoniczne" (tak określano powieści Dostojewskiego). Wciągają widza do okrutnej gry. Przy tym wszystkim udało się Hanekemu przebić do masowej widowni, nie idąc na kompromis, nie wpisując w żaden obiegowy styl. Jego filmy wyprowadzają w pole, łamią reguły gry, podważają zaufanie do medialnego przekazu.

Haneke nie chce opowiadać bajek. Zagadkę fabularną pozostawia często bez odpowiedzi - jak Antonioni w "Przygodzie", "Powiększeniu" czy "Zawodzie: reporter". Oglądając "Ukryte", do końca nie dowiemy się, kto wysyłał bohaterowi kasety, szantażując go wypartym wspomnieniem z dzieciństwa. Może sam reżyser?

Bomba na regale z łatwą konsumpcją

To czarne kino ma też jasną stronę. Pocieszające jest samo porozumienie z widzem w ramach pop-kultury, a zarazem ponad nią. Popularność jego filmów świadczy o gotowości widza do zakwestionowania medialnego obrazu świata. Bo chyba nie jest tak, że "Funny Games" zawdzięczają popularność scenom przemocy, a antypornograficzna "Pianistka" - scenom w sex-shopie. Inna rzecz, że w swojej krytyce kultury twórca "Funny Games" sprytnie wykorzystuje strategię przeciwnika. Współczesna reklama korzysta z podobnych środków - podważa i parodiuje samą siebie, stara się szokować, zaskakiwać, dezorientować, być "rewolucyjna". Kiedy wchodzimy do supermarketu, nigdy nie jesteśmy pewni układu regałów. Nie wiemy, czy na miejscu prasy filmowej znajdziemy erotykę, czy politykę? A tam wśród masy produktów przeznaczonych do łatwej konsumpcji jest ukryta prawdziwa bomba - Haneke. Jego filmy są jak czarne dziury w kosmosie: przenicowują świat mediów, wychodzą poza siebie. Z jednej strony klasycznymi środkami budują napięcie, wciągają widza w akcję, bezbłędnie operując językiem thrillera, aby - jak w "Funny Games" - uderzyć widza w najczulszy punkt. A równocześnie tworzą intelektualny dystans, pozwalając widzowi przyglądać się własnym reakcjom.

Haneke żartuje, że nakręcił w życiu jeden film propagandowy - właśnie "Funny Games". W pewnym sensie ma rację. Był to gwałt na świadomości widza. Po latach nakręcił remake, powtarzając go, ujęcie po ujęciu, z amerykańskimi aktorami - Naomi Watts i Timem Rothem. Poprzednia, niemiecka wersja nie miała szans na wejście do światowego obiegu, a Hanekemu zależało, żeby wrócić do źródeł, trafić do odbiorców amerykańskich thrillerów. I udało mu się. Ten prowokacyjny antythriller można dziś znaleźć na półce każdego sklepu z płytami DVD w dziale "sensacja" lub "horror", podobnie jak inne dzieła Hanekego z ostatniego dziesięciolecia, gdy wyszedł poza Austrię i zaczął realizować europejskie koprodukcje z Francją - "Pianistkę" i "Ukryte".

Barykada uśmiechu

Dobra passa zaczęła się w momencie, gdy do Hanekego zadzwoniła Juliette Binoche, mówiąc, że jest gotowa zagrać w każdym jego filmie. Tak powstał "Kod nieznany" (2000) - najbardziej emocjonalny spośród filmów reżysera uchodzącego za chłodnego intelektualistę.

Oglądając "Kod...", ma się poczucie, jakby się wyszło z kina na ulicę - paryski bulwar zapełniony różnokolorowym tłumem. Na pierwszy rzut oka ten świat wydaje się otwarty, dostępny, wolny, wielokulturowy. Taki mógł przedstawiać się w 1989 r. przybyszowi z Polski wygłodniałemu Zachodu. Haneke ukazał jednak fikcję otwartości i wielokulturowości, wydobył istnienie barier, których symbolem w "Kodzie..." są zamknięte bramy paryskich kamienic. Nie da się sforsować tej barykady, jeżeli nie zna się kodu. Ten film próbuje rozkodować obcość, rozładować lęk, który tkwi w ludziach pod pozorami konwencjonalnego uśmiechu. W filmach Hanekego - najwyraźniej widać to w "Ukrytym" - lęk i poczucie winy, wewnętrzne zakłamanie, stanowią zło samo w sobie, stają się przyczyną większego zła.

W "Kodzie", idąc za przypadkowo spotkanymi na ulicy ludźmi, usiłujemy przeniknąć przez powłokę zdarzeń, przyjrzeć się konfliktom etnicznym w skali mikro, pokazując zarazem, jak cienka jest warstwa kulturalnej poprawności. Haneke próbuje zobaczyć - jak by powiedział Kieślowski - świat w kropli wody, za rogiem własnej ulicy, bez pośrednictwa mediów. Kim jest naprawdę rumuńska żebraczka, która codziennie wysiaduje przed sklepem? Co myśli arabski chłopak atakujący bohaterkę filmu w metrze? Kim jest ten czarny młody mężczyzna wszczynający awanturę na ulicy w proteście przeciw rasizmowi? Co znaczy pantomima, którą wykonuje w prologu filmu głuchonieme dziecko?

Bohaterami "Kodu..." są artyści - aktorka i jej znajomy fotograf. On robi zdjęcia głodujących dzieci w Afryce w stylu World Press Photo, w Bośni fotografuje ofiary czystki etnicznej. Jednak jego rzekomo zaangażowana politycznie fotografia jest tylko ornamentem. Nadal nie wiemy nic ani o zabitych, ani o tych, co zabijali. W gruncie rzeczy co nas obchodzą ci obcy?

Na ile współczesna kultura i jej media są lustrem, w którym moglibyśmy się przejrzeć? Zobaczyć siebie? Wniknąć w to, co przez całe życie wypieramy - jak bohater filmu "Ukryte", telewizyjny krytyk literacki, który nosi w sobie od dzieciństwa rasistowską zawiść wobec arabskiego rówieśnika, ale nie umie przyznać się do niej ani przed sobą, ani przed najbliższymi. Żyjemy w świecie podminowanym agresją. Haneke uczy przyglądać się patologii świata bez lęku, przerzuca pomosty nad międzyludzkimi przepaściami.

Telewizja pożera, dobrobyt ma swój smutek

W 1995 r., w stulecie kina, w ramach projektu "Lumiere and Company" kilkudziesięciu reżyserów nakręciło kamerą braci Lumiere krótkie, nieme filmy. Był wśród nich Haneke - znany wówczas poza Austrią z filmu "Video Benny'ego". Tą samą lumiere'owską kamerą, którą sto lat temu kręcono niewinne obrazki, takie jak: "Wjazd pociągu na stację La Ciotat", "Wyjście robotników z fabryki" czy "Śniadanie dziecka", Haneke sfilmował ekran TV w trakcie nadawania wiadomości. Trudno o wymowniejsze świadectwo tego, co w ciągu stulecia stało się z obrazem rzeczywistości i z nią samą: została wchłonięta i zmanipulowana przez obraz telewizyjny.

Kiedy na początku lat 90. cieszyliśmy się wolnością mediów, które nareszcie stały się "nasze", pozbawione cenzury państwa, nie przypuszczaliśmy, jak szybko rozwieje się ta iluzja nieograniczonej swobody. Jeszcze niedawno nawet McDonald's imponował przybyszowi z biednego Peerelu. Teraz przekonaliśmy się, że dobrobyt ma swój smutek i swoje wyobcowanie, że media niosą swoją własną ideologię i że trzeba będzie zmierzyć się z tym, co Jean Baudrillard nazwał "nowym systemem moralnego i psychologicznego przymusu, niemającym nic wspólnego z królestwem wolności".

Baudrillard - autor Hanekemu dobrze znany - mówił o tym, co robią z rzeczywistością media: "Sama rzeczywistość ulega stopniowo zanikowi, zaciera się i zostaje ostatecznie unicestwiona, ustępując miejsca owej neorzeczywistości modelu, zmaterializowanej za sprawą środka przekazu". Haneke odtwarza ten model, uruchamia go, daje nam go niejako do zabawy - choć jego filmy dotykają miejsc najboleśniejszych.

Chcesz zbrodni? Proszę bardzo

Reżyser, zajmujący się mediami, śmieje się w wywiadach, że w telewizji ogląda tylko prognozę pogody, "bo w tym przynajmniej nie ma kłamstwa". Ten analityk przemocy twierdzi, że nie ogląda amerykańskiego kina gatunków, brzydzi się obrazami przemocy, choć jego filmy są nimi przesycone. W najbardziej radykalny z jego filmów - "Funny Games", wpisane jest pytanie do widza: czy chcesz, żeby doszło do zbrodni? Chcesz ją obejrzeć do końca? Jeśli tak, to patrz! Haneke przyjmuje strategię mediów. Ustawia nas w roli uczestników gry, odwołuje się do naszych skrytych oczekiwań, uprzedza nasze myśli. Uczestnicząc w tej anatomii morderstwa, oglądamy siebie.

Źródło: Duży Format
  • 1
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    13 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':