Filmy Michaela Hanekego - reżysera intelektualisty, miłego starszego pana, bywają tak dotkliwe, że niektóre z nich nadają się tylko do jednokrotnego oglądania. Wim Wenders nie dotrwał do końca canneńskiej projekcji "Funny Games". "On jest chory!" - usłyszałem po festiwalowym pokazie "Pianistki".
Błędne rozpoznanie. Haneke przypomina raczej lekarza patologa, który bada choroby cywilizacji, stawiając widza obok siebie, w roli współuczestnika eksperymentu. "Życzę państwu niemiłego wieczoru" - zapowiadał swój film "Ukryte" na festiwalu w Londynie.
Tegoroczna Złota Palma w Cannes za "Białą wstążkę" przypieczętowała jego pozycję w kinie, choć już wcześniej był gotów do odebrania tej najwyższej filmowej nagrody. Po odejściu wielkich europejskich reżyserów-autorów: Bergmana, Bunuela, Antonioniego, Felliniego oraz ich młodszych spadkobierców - Tarkowskiego, Kieślowskiego, wydawało się, że kino nie będzie już w stanie zdobyć się na tak indywidualny ton, tak przenikliwą ironię, dystans wobec rzeczywistości i wobec samego siebie. Jednak gdy ogląda się "Białą wstążkę", wydaje się, że jest to adaptacja jakiejś wielkiej powieści w rodzaju "Biesów" Dostojewskiego lub "Doktora Faustusa" Manna. Jednak za tym filmem stoi sam Haneke. Swoimi filmami pisze "europejską powieść". Przeprowadza wielką krytykę współczesności, sięgając - jak w "Białej wstążce" - do jej korzeni.
Cały portret Hanekego w czwartek w "Dużym Formacie"
Haneke dla "Gazety"
Mariola Wiktor: Spośród pełnych przemocy filmów ostatniego festiwalu w Cannes bezkrwawa "Biała wstążka" przerażała najbardziej
Michael Haneke: Przemoc nie musi być makabryczną jatką, by paraliżować widza strachem. Ja w ogóle we wszystkich moich filmach staram się uciekać od dosłowności. Wolę uruchamiać wyobraźnię widza. Nawet w opisywanych zwykle jako wyjątkowo okrutne "Funny Games" nie ma sceny mordu synka pary bohaterów. Staram się bardziej koncentrować na psychicznych torturach ofiar przemocy niż na samych jej aktach.
W "Białej wstążce" pokazuje pan, jak doszło do tego, że z dzieci wychowywanych w protestanckich przyzwoitych, dbających o dyscyplinę i dobre maniery rodzinach niemieckich tuż przed wybuchem I wojny światowej rodzi się chłodne emocjonalnie, obojętne na zło, okrutne społeczeństwo. To ono poddało się nazistowskiej propagandzie i ideologii.
Bo to właśnie takimi ludźmi najłatwiej jest manipulować. Te dzieci, które w moim filmie mają po 10-13 lat, osiągnęły dojrzałość w okresie formowania się faszyzmu w Niemczech.
Narrator w postaci głosu z offu mówi na początku filmu: "Dziś trudno uwierzyć, że ta historia zdarzyła się naprawdę". Ale ja rozmawiałem z wieloma ludźmi - żyjącymi jeszcze świadkami i ofiarami tego systemu. Przestudiowałem sporo książek o metodach wychowawczych, które w tym okresie upowszechniano.
Cały wywiad z reżyserem oraz recenzja filmu już jutro w "Gazecie" i "DF"
Źródło: Gazeta Wyborcza