http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Lekarze: prawie jak strajk

Elżbieta Cichocka, acz
2009-11-18, ostatnia aktualizacja 2010-08-11 23:41

Od października w szpitalach trwa strajk. W tej chwili w 67 szpitalach, ale codziennie przybywają nowe. Do końca roku mogą stać wszystkie - ogłosił wczoraj Związek Zawodowy Lekarzy. Strajku wprawdzie nie ma, ale nie o prawdę chodzi, ale o mocny komunikat


Fot. Daniel Adamski / AG
ZOBACZ TAKŻE
Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy zwołał wczoraj konferencję prasową, żeby wstrząsnąć opinią publiczną. Bo wprawdzie strajku nikt nie proklamował, wprawdzie lekarze są na swoich miejscach pracy, ale odsyłają pacjentów bez pomocy. Bo kolejne szpitale już wyczerpały roczny limit zawarty w kontraktach.

- To, co się dzieje teraz, jest tym samym, co działo się w czasie naszego strajku w 2007 r. Tysiące ludzi odsyła się do domów. Różnica polega na tym, że my po strajku odrabialiśmy zaległości, a jeśli rząd nie zmieni zasad finansowania, to ten nieogłoszony strajk będzie trwał również w przyszłym roku - powiedział Krzysztof Bukiel, przewodniczący OZZL. - Czy mamy godzić się na to, by publiczna służba zdrowia pracowała jak w czasie strajku? - pytał.

Szpitalnych oddziałów, które zawieszają przyjęcia, bo już wypracowały roczny kontrakt z NFZ, rzeczywiście przybywa. W szpitalu im. Barlickiego w Łodzi na wielu oddziałach limity się pokończyły lub są na wyczerpaniu, odwoływana jest część zaplanowanych wcześniej zabiegów. - Więcej pacjentów nie przyjmę, bo nie mogę leczyć za darmo. Ale nie dziwię się, że ludzie, którzy miesiącami czekali na operację, są wkurzeni - mówi dyrektor prof. Piotr Kuna. - Niestety, NFZ uważa, że jeśli przekraczamy kontrakt, nie ma już wobec nas zobowiązań. Dlatego w pierwszym półroczu nie zapłacił mi 2 mln za wykonane u nas zabiegi. W tym półroczu nadwykonania będą nas kosztować 3 mln zł.

Na razie szpital się nie zadłuża, ale straty bolą. - Za 5 mln moglibyśmy kupić nowoczesny tomograf albo wyremontować dwa oddziały - podlicza dyrektor.

Działacze lekarskiego związku dziwili się wczoraj, że w tej sytuacji nie protestują organizacje pacjentów, milczy rzecznik praw pacjenta.

OZZL apeluje do opozycji, by przedstawiła poselski projekt ustawy o podniesieniu składki w przyszłym roku do 10 proc. (dziś to 9 proc. naszej pensji) i systematycznym jej podnoszeniu. Prosi też prezydenta, by zainteresował się stanem ochrony zdrowia.

- 18 stycznia 2008 r. premier obiecał na zakończenie "białego szczytu", że od 2010 r. składka będzie podniesiona do 10 proc. Nie chcemy, by premier wyszedł na kłamcę - mówił Bukiel.

Działacze OZZL uważają, że tzw. koszyk świadczeń gwarantowanych to puste hasło. Nie został wprowadzony system współpłacenia, nie ma próby zbilansowania potrzeb zdrowotnych z nakładami ze strony NFZ.

- Czy to my, lekarze, mamy być buforem między pacjentem a leczeniem, skoro takie warunki narzuca NFZ i minister zdrowia? - pytają.

Minister Ewa Kopacz pytana we wczorajszej rozmowie z "Gazetą" o zawieszanie przyjęć powiedziała: - Skoro szpital źle zaplanował - a powinien przyjęcia planowe rozłożyć na 12 miesięcy - to nie może mieć pretensji, że NFZ płaci dodatkowe pieniądze tylko za tych chorych, którzy trafili do szpitala z zagrożeniem życia. W innym przypadku kontraktowanie byłoby bez sensu.

A co rząd zrobi ze składką zdrowotną? Kopacz odpowiada, że okres dekoniunktury to niedobra pora na jej podnoszenie. - A poza tym podniesienie składki o 1 pkt proc. dałoby ok. 2 mld zł. Przypominam, że w ciągu dwóch lat do szpitali weszło 10 mld więcej. Zmieniło się coś? To nie jest problem tylko pieniędzy - twierdzi Kopacz.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':