Kilkadziesiąt tysięcy studentów wyszło na ulice 50 miast. W Berlinie kilka tysięcy ludzi z transparentami: "Kradniecie nam wykształcenie", "Nie róbcie fabryk z uczelni", demonstrowało przed ratuszem. Podobne hasła tłumy skandowały w śródmieściu Hamburga i Monachium. Protesty przeszły też przez mniejsze miasta akademickie, a do studentów przyłączali się uczniowie, nauczyciele i zwykli przechodnie. W pochodach uczestniczyły improwizowane orkiestry, nastrój demonstrantów był raczej piknikowy niż bitewny.
Manifestacje ruszały z auli uniwersyteckich, które od zeszłego tygodnia okupują protestujący studenci. - Jesień będzie gorąca - zapowiadali młodzi ludzie w Kolonii. Tygodnik "Spiegel" ostrzega przed wielką samoistną rebelią, a komentatorzy przypominają, że podobnie zaczynała się fala protestów, która w 1968 r. zdestabilizowała
Niemcy zachodnie
Ale tym razem nie chodzi o politykę. Studentom nie podoba się tzw. proces boloński, czyli przyjęty przez 29 krajów Europy program zmierzający do ujednolicenia wyższego nauczania na kontynencie. Przewiduje on podział większości studiów na trzyletnie licencjackie i dwuletnie uzupełniające. Kładzie nacisk na to, by naukę kończyć w terminie, i narzuca sztywny program studiów.
W Niemczech, gdzie można było mniej lub bardziej dowolnie kształtować swój program studiów, nauka trwała zwykle sześć - siedem lat. Wprowadzenie ograniczeń to rewolucja.
- Chcą nam wtłoczyć maksimum wiedzy w jak najkrótszym czasie. To nie do przyjęcia - mówią studenci. Skarżą się na stres i na ogromne ilości materiału, które trzeba opanować, by zdać egzamin. Liczba studentów, którzy załamują się przed sesjami, rośnie podobno w zastraszającym tempie. Co więcej - studenci twierdzą, że muszą się już dziś tyle uczyć, że nie mają czasu na dorobienie po zajęciach.
Zdaniem studentów politycy chcą wprowadzić reformę za wszelką cenę. Poza tym nie ma gwarancji, że po licencjacie dostaną się na
studia uzupełniające. - A wtedy pozostaje pójście do supermarketu i praca na kasie - mówi gazecie "Berliner Morgenpost" jeden z protestujących.
Skarżą się też na coraz gorsze warunki nauki. - Uczymy się w zatłoczonych salach wykładowych, a pieniądze zamiast na biblioteki idą na marmurowe podłogi - opowiada Florian, 27- letni student pedagogiki z Frankfurtu.
No i jest też sprawa czesnego. W większości landów za semestr płaci się 500 euro, a studenci uważają, że wyższe wykształcenie powinno być za darmo.
Protestujących poparli nie tylko lewicowi politycy, związki zawodowe, ale i wykładowcy. Niemiecki związek nauczycieli zapowiedział, że sytuacja na uczelniach będzie się jeszcze pogarszać.
Przeciwko procesowi bolońskiemu protestują też studenci w Austrii. Choć od miesiąca demonstrują i okupują aule najważniejszych uczelni, władze nie chcą z nimi rozmawiać.