W Pekinie prezydent
USA poruszył nie tylko sprawę Tybetu, gdzie Chińczycy prowadzą akcję wynaradawiania Tybetańczyków, nazywając przebywającego na wygnaniu Dalajlamę separatystą, ale też Korei Północnej, Iranu czy walki z globalnym ociepleniem.
Prezydent USA kilka tygodni temu nie spotkał się w Waszyngtonie z duchowym przywódcą Tybetańczyków, ponieważ nie chciał drażnić Pekinu przed swoją wizytą w Azji. Wczoraj
Dalajlama podziękował Obamie za podjęcie tematu Tybetu podczas spotkania z Hu.
Doradcy amerykańskiego prezydenta nie ukrywali, że najważniejszy temat rozmów to gospodarka. -
Ameryka będzie więcej oszczędzać i mniej wydawać, a Chiny dokonują szerokich zmian polityki, by przywrócić równowagę swej gospodarce i wzmocnić popyt wewnętrzny - mówił wczoraj Obama po spotkaniu z Hu.
Dziennikarze, którzy nie mogli zadawać pytań, nie dowiedzieli się jednak, co oba kraje zamierzają dokładnie zrobić.
Chiny i Ameryka są skazane na współpracę. Chińczycy potrzebują rynku amerykańskiego do sprzedaży swoich towarów,
Stany Zjednoczone - miliardów dolarów Pekinu inwestowanych w swoje obligacje skarbowe.
Chińczyków niepokoi wzrost protekcjonizmu w USA, gdzie coraz częściej mówi się o nakładaniu ceł na kolejne towary z Państwa Środka. Nalegają na to m.in. związki zawodowe. - Nasze kraje muszą się przeciwstawiać każdemu rodzajowi protekcjonizmu handlowego - podkreślał wczoraj Hu Jintao.
Ameryka zalewana tanimi towarami z Chin ma ogromny deficyt handlowy z Państwem Środka sięgający 400 mld dol. Waszyngton wini za to m.in. sztucznie zawyżany kurs juana (obecnie tylko 6,8 juana za dolara). Pekin od roku nie zmienił kursu swej waluty i jest głuchy na argumenty USA. Na konferencji prasowej Hu nawet nie zająknął się o juanie.
Po spotkaniu obaj przywódcy zjedli wspólny
obiad, Obama zwiedził też Zakazane Miasto - dawną siedzibę chińskich cesarzy.