Świńską grypę, która spadła na Ukrainę, najlepiej wykorzystała premier Julia Tymoszenko. Niektórzy jej krytycy twierdzą nawet, że nie tylko wykorzystała epidemię, ale nawet sama ją wymyśliła by zyskać na niej popularność.
Kiedy 30 października ogłaszała epidemię w telewizji, w całym kraju był tylko jeden potwierdzony przypadek świńskiej grypy. Do dziś na grypę, świńską lub zwykłą, zachorowało 1,5 mln ludzi, a zmarło 300. Statystyki te brzmią groźnie, ale z drugiej strony ofiar śmiertelnych grypy na Ukrainie jest wyraźnie mniej niż w analogicznym okresie poprzedniego roku, kiedy o jej świńskiej odmianie jeszcze nikt na świecie nie słyszał.
Premier Tymoszenko nie dzieliła jednak włosa na czworo i podjęła decyzje radykalne, zdaniem wielu lekarzy przesadzone i niepotrzebnie wywołujące panikę. Zamknięto szkoły i zakazano publicznych zgromadzeń, w tym wieców wyborczych. Sama za to codziennie występuje w telewizji i opowiada rodakom o tym, jak walczy z grypą, a przeciwnicy polityczni i nieudolni urzędnicy rzucają jej kłody pod nogi.
- Maski przeciwgazowe dla koni?! Co to ma znaczyć?! - krzyczała na spotkaniu z władzami obwodu wołyńskiego, gdzie - jak się okazało - jest duży zapas masek dla koni (rezerwy strategiczne), ale brakuje maseczek dla ludzi.
Efekty grypowej ofensywy pięknej Julii są znakomite. W październiku sondaże dawały jej ok. 15 proc. poparcia, a jej głównemu rywalowi, przywódcy opozycji Wiktorowi Janukowyczowi - nawet do 30 proc. Dziś niemal go doścignęła (18 proc. do 21 proc.). Janukowyczowi nie pomogły obietnice, że pieniądze na kampanię przeznacza na lekarstwa i 20 mln maseczek, które mają być rozdawane ludziom za darmo.
Najwięcej rozsądku w kwestii epidemii grypy wykazuje prezydent
Wiktor Juszczenko, który apelował do ludzi o spokój. - Sytuacja na Ukrainie nie jest groźniejsza niż w krajach sąsiednich, ale u nas jest dziesięciokrotnie więcej paniki i stokrotnie więcej zamieszania - mówił prezydent. Nie przysporzyło mu to popularności, wciąż popiera go zaledwie ok. 3 proc. rodaków.
Obok kandydatów wagi ciężkiej, którzy mają szanse na wygraną (lub jej nie mają, ale wydaje im się, że mają - taki jest przypadek Juszczenki), w wyborach startuje kilkanaście kandydatów, które kampanię traktują jako okazję do wypromowania się.
W tej grupie największym oryginałem jest niejaki Wasyl Protiwsich (Wasyl Przeciwwszystkim), 63-letni emeryt z Iwano-Frankowska, który zmienił nazwisko przed wyborami, licząc na to, że ludzie mają już dość polityków, i dlatego zagłosują przeciw wszystkim, czyli właśnie na niego.
Większy rozgłos zdobył jednak inny kandydat kieszonkowy, burmistrz Użgorodu Siergiej Ratuszniak. W wywiadzie dla lokalnej gazety oświadczył, że za wszystkie problemy, kryzysy i nieszczęścia spadające na Ukrainę winę ponoszą Żydzi. Kandydata Arsenija Jaceniuka, byłego przewodniczącego parlamentu, nazwał "bezczelnym Żydkiem, który wysługuje się złodziejom rządzącym na Ukrainie i ich brudnymi pieniędzmi chce sobie utorować drogę do prezydentury". Zaś w telefonicznej rozmowie z dziennikarzami AP stwierdził: - Czy wszyscy muszą kochać Żydów i
Izrael? Czy jeśli ich nie kocham, to już jestem antysemitą?
Mało prawdopodobne, by powyższe skandaliczne wypowiedzi na dłuższą metę pomogły Ratuszniakowi, ale zdaniem niektórych mogą pogrążyć Jaceniuka, który przedstawia się jako pragmatyk spoza układów i miał być czarnym koniem wyborów (sondaże dają mu do 8 proc.). Nawet mimo że w rzeczywistości nie jest Żydem. - Kiedy ludzie usłyszą, że jest Żydem, wielu w to uwierzy i przestanie go popierać - twierdzi Sergiej Podrażanski, zastępca redaktora naczelnego wydawanej na Ukrainie żydowskiej gazety "Wiesti".
Jeszcze smutniejsze od tego, że ktoś gra na nastrojach antysemickich Ukraińców, jest to, że nikt nie próbuje wykorzystywać ich ambicji europejskich. To pierwsze ukraińskie wybory, w których żaden liczący się kandydat nie mówi o integracji z UE ani NATO. Politycy wiedzą, że nie przyniesie to głosów - dziś ani Europa nie chce Ukrainy, ani Ukraińcy nie chcą Europy (nawet mniej kontrowersyjne wejście do Unii popiera tylko 40 proc.). Dlatego Tymoszenko, Janukowycz i Jaceniuk mówią o "trzeciej drodze", pomiędzy Europą i Rosją, choć poza powtarzaniem frazesów, że należy się przyjaźnić ze wszystkimi, nie potrafią dokładnie wyjaśnić, na czym owa trzecia droga miałaby polegać.