Przy okazji referendum w sprawie odwołania prezydenta Tadeusza Wrony mieszkańcy uwierzyli, że mogą mieć wpływ na przyszłość swojego miasta, że ich głos ma znaczenie. W mieście, które dotychczas nie słynęło z wielkiej frekwencji, ruszyli do lokali wyborczych, żeby zagłosować za lub przeciw obecnej władzy. Zrobili to, choć prezydent nazwał referendum prywatą i łamaniem demokracji. Choć księża z ambon wołali: "Nie idźcie, to nie po chrześcijańsku". Wrona już nie jest prezydentem.
Do tej pory tylko słyszałam o społeczeństwie obywatelskim. W niedzielę zobaczyłam je w Częstochowie. Przy urnach starsi częstochowianie, ale i zupełnie młodzi, o których się mówi, że nic ich nie interesuje poza własną wygodą.
Dlaczego ich zainteresowało? Bo rozczarowanie dotychczasową władzą przekroczyło punkt krytyczny. Nikt ich jednak nie słuchał. Dopiero referendum stało się okazją, by mieszkańcy mogli dać wyraz swoim odczuciom.
A im bardziej prezydent lekceważył krytykę i angażował się w negatywną kampanię przeciwko referendum, tym bardziej ludzie się mobilizowali. - Cieszę się, że zaczynamy rozliczać samorządowców z ich działań. To referendum to ostrzeżenie dla przyszłych władz - mówił przy urnie jeden z częstochowian.
Czy Częstochowa stanie się przykładem tego, jak mieszkańcy mogą skutecznie zmienić losy swojego miasta? Czy idea społeczeństwa obywatelskiego rozkwitnie pod Jasną Górą? To zależało od nowej władzy. Jeśli politycy zamiast zająć się rozwojem miasta, zaczną teraz się wzajemnie zwalczać w wyścigu do fotelu prezydenta, trudno będzie znów przekonać mieszkańców, a już na pewno tych młodych, że los Częstochowy od nich zależy. I pewnie jeszcze więcej niż dotychczas młodych ludzi machnie ręką i wyjedzie w świat.
Źródło: Gazeta Wyborcza Częstochowa