Widziałaś kiedyś trupa?
- Widziałam, ale nie podoba mi się to słowo - trup. Wolę "martwe ciało"; i tak jest też w książce. "Trup" uprzedmiotawia.
Coś cię zaskoczyło?
- Ogrom różnicy między martwym a żywym ciałem. I myśl, że musi być coś, co czyni tę różnicę.
A martwe zwierzę widziałaś?
- W całości i w częściach. Każdy widział.
Postaci z twojej nowej książki zarzucają głównej bohaterce, że przejmuje się losem zwierząt bardziej niż losem ludzi. Że to nie przystoi.
- To bardzo powszechny punkt widzenia. Zawsze jest coś ważniejszego, bardziej doniosłego. Śmierć zwierząt nie ma specjalnej wagi, podobnie jak ich cierpienie. Nie zastanawiamy się nad tym, jedząc kotlety, biorąc lekarstwa, używając kosmetyków. Dlatego ktoś, kto nagle z tym wyskoczy, wydaje się dziwadłem.
Dużo jest śmierci w tej książce. I we wszystkich twoich książkach.
- Bo dużo jest śmierci w życiu.
To dlatego teraz wszyscy w Polsce piszą kryminały?
- Możliwe, że kryminał stał się gatunkiem, który najbardziej nadaje się do opisywania niejednoznacznych czasów, w których żyjemy. Świata, gdzie współistnieją różne systemy wartości i fundamentalne kiedyś pojęcia tracą kontury. Poza tym jesteśmy przyzwyczajeni do patrzenia na świat poprzez media, a one zawsze szukają sensacji, a tam, gdzie jej nie ma, tworzą ją. Zjawisko, problem muszą być sensacyjne, bo inaczej w ogóle nie zostaną zauważone. W Polsce to dobry objaw. Przeprosiliśmy się z kulturą popularną.
Polska literatura zawsze była trochę nadęta, szybowała wysoko - to pozostałości po romantycznej wizji. Było mało lekkości i mało humoru. Jeżeli już - to raczej ironia, drwina. Przed pisarzami stały same wielkie zadania. A dziś, jeżeli wysoka literatura nie wejdzie w mariaże, przestanie być czytana. Wiele się zmieniło od początku lat 90., kiedy sama miałam wydawnictwo. Piętnaście lat temu nie wiedzieliśmy, że istnieje coś takiego jak promocja książki. Książkę się wydawało i rozwoziło z drukarni do księgarń. Dziś rynkiem rządzą nawet nie wydawcy, a tym bardziej nie autorzy, ale dystrybutorzy, którzy decydują nawet, jaka ma być okładka.
Wiele w tym samosprawdzającego się proroctwa. Kiedy się zakłada, że coś się nie sprzeda, to tak będzie. Ludzie tracą możliwości rozeznania się w ogromie wydawanych książek. Brakuje opiniotwórczych pism literackich i ambitnych programów telewizyjnych, dlatego mniej zorientowany czytelnik jest zdany na to, o czym się będzie mówić w "Kawie czy herbacie?".
Przeszkadza ci, kiedy ktoś mówi, że piszesz literaturę popularną?
- Podziałem na wysoką i niską literaturę nigdy się nie przejmowałam. A już na pewno nie tym, że jak coś jest popularne, to musi być płytkie i niedobre. Książki muszą mieć czytelnika. Inaczej to wszystko traci sens. Zresztą "Pług" wcale nie jest kryminałem. Wolę określenie "thriller moralny"; jest szersze. Jest tu kryminalna zagadka, ale w końcu to nie jej rozwiązanie jest najważniejsze. Nie każda książka, w której padają trupy, jest kryminałem. Pisałam już podobne powieści, np. "E.E.".
Ale to była powieść metafizyczna. Powieść grozy. Unosił się nad nią duch Edgara Allana Poego.
- Wtedy została ochrzczona "powieścią menstruacyjną", o ile dobrze pamiętam. Nie pierwszy raz zmagałam się z opukiwaniem gatunków. Napisałam opowiadanie "Otwórz oczy, już nie żyjesz", kryminalne jak najbardziej. Wzięło się ze zdania Borgesa, w którym narzekał, że gatunek kryminału wykorzystał już wszelkie możliwe konfiguracje tego, kto jest mordercą. Właściwie - mówił Borges - nie było jeszcze tylko tak, że zabija sam czytelnik. Więc spróbowałam napisać ten brakujący wariant. Chyba wszystkie kryminały, które dziś powstają, są pastiszami, zabawą z formą, dyskusją z kilkoma wzorcami od Christie, Chandlera czy Poego.
Kryminał, thriller, stał się formą namaszczoną, awansował do poważnych debat, "wstąpił" do kultury wysokiej, a tymczasem np. o literaturze kobiecej rozmawiać wciąż nie wypada.
- To nie jest takie proste. Jeżeli się dokładnie przyjrzeć, to najlepsze kryminały napisały kobiety (Christie i Highsmith), a najpiękniejszy romans świata - mężczyzna (Tołstoj i "Anna Karenina").
Źródło: Duży Format