Jesteśmy zaskoczone frekwencją. To eksperymentalny, pierwszy taki kurs we Wrocławiu - mówi Aleksandra Trocha, koordynatorka projektu Kancelarii Projektów Europejskich. Mirosława Adamczak.
Kurs profesjonalnego zarządzania gospodarstwem domowym, na który można było się zapisać w zeszłym tygodniu, jest bezpłatny, finansowany z unijnych środków. Po jego ukończeniu kobiety mają być wszechstronne i doskonałe niczym Martha Stewart, guru amerykańskich gospodyń domowych.
Czeka je trzysta godzin zajęć, podczas których dziennikarka i charakteryzatorka z
TVP pokażą im, jak dobrać strój, makijaż i odpowiednio się nosić ("żeby kobiety zaniedbane w domu znów mogły rozbłysnąć" - mówią organizatorzy). Psycholog wskaże każdej z pań jej mocne strony, nauczy radzić sobie ze stresem i zasugeruje, jak nie przenosić osobistych frustracji na grunt zawodowy. Uczestniczki kursu nauczą się udzielania pierwszej pomocy, zabaw z dziećmi, wysyłania e-maili, zakładania konta bankowego oraz planowania domowego budżetu z tabelką w Excelu w ręku. Będą też gotować pod okiem fachowców. - Ale nie żadna kuchnia staropolska, tylko nowoczesna typu fusion - zapowiadają organizatorzy.
Kurs przeznaczony jest dla kobiet bezrobotnych. - Sondowałyśmy rynek i okazało się, że jest spore zapotrzebowanie na gosposie XXI wieku. Bycie gospodynią to sztuka, tyle że dotąd u nas niedoceniana - mówi Magda Falkowska, jedna z organizatorek kursu. Tymczasem w zamożnych domach zaufana pani, która z rana zawiezie dzieci do szkoły, ugotuje
obiad, a jak trzeba - upierze czy uprasuje koszule, jest na wagę złota.
Same kobiety też widzą plusy w zostaniu profesjonalną gospodynią. - Mamy już dość siedzenia w domu - mówiły mi stojące w kolejce do zapisów panie. Większość z setki zainteresowanych w wieku 50 plus. Część, jak Małgorzata Ognik, zrobiła już kurs profesjonalnych opiekunek domowych. - I jeszcze na angielski się zapisałam, bo trzeba sobie stale podnosić poprzeczkę - mówi była referentka ekonomiczna. - Idealna gospodyni musi teraz dużo umieć. Potrafię robić wyśmienite zrazy i pomidorówkę, ale w dzisiejszych czasach to nie wystarczy. Kiedyś jadło się, żeby być najedzonym i zadowolonym, a dziś przecież trzeba jeszcze dobrać dietę do grupy krwi, policzyć
indeks glikemiczny. Oraz ekologicznie sprzątać albo eleganckie przyjęcie zrobić. Czasy się zmieniają, proszę pani.
Gehenna za frajer Aneta Augustyn: Dlaczego zdecydowała się pani na ten kurs? Anna Krawczyk: Bo wreszcie do mnie dotarło, że całe życie dawałam się wykorzystać pod przykrywką tzw. dobra rodzinnego. Dopóki pracowałam, nie było źle. Najpierw byłam ekspedientką punktu zleceń w miejskiej pralni, potem przeszłam na międzymiastową, zamawiało się u mnie rozmowy telefoniczne. Kiedy urodziła się trójka dzieci, mąż stwierdził, że dosyć tego, dzieci kluczy na szyi nosić nie będą. Tak mnie urządził, że 20 lat w domu przesiedziałam. Pobudka o szóstej, wyprawianie jednego dziecka, kolejnego, odbieranie z przedszkola,
gotowanie, szorowanie... Gehenna na pełen etat i za darmo.
Mąż pomagał? - Pani raczy żartować! Pieluchy nie tknął, okna nigdy nie umył. Uważał, że wszystko mu się należy: koszule wyprasowane, rolmopsiki nadziewane ogóreczkami i mieszkanie wypucowane. Nic w domu nie zrobił, bo przecież zarabiał, a ja zasuwałam w kołowrocie. Kobietom powinno się za to płacić.
Co robiła pani w wolnym czasie? - A co to jest?
Gdyby udało się cofnąć czas... - ...w życiu nie wyszłabym za mąż! Trzeba inwestować w siebie, a nie harować za innych. Kobiety same się w to wrabiają, ja też taka głupia byłam. Dzieci odchowane, mąż odszedł, zostałam bezrobotna. Teraz zabieram się za siebie, zrobię ten kurs, wyjdę między ludzi, poszukam pracy.
Gdzie? - Za granicą najchętniej. Są różni ludzie: adwokaci, profesura, VIP-y i różne von... U kulturalnych chcę pracować, takich, co to z szacunkiem potrafią podejść i godziwie zapłacić. Za to, co dotąd robiłam za darmo.