Grad z uporem przekonuje, że nic się nie stało, że w przyszłym roku będzie lepiej, i że jakimś cudem uda się osiągnąć blisko 30 mld zł z prywatyzacji. Lecz wszystkie tegoroczne doświadczenia - zwłaszcza z nieudaną sprzedażą koncernu energetycznego Enea - każą w takie obietnice wątpić.
Ostatecznym testem, który pokaże, jak bardzo Grad jest zdeterminowany, by prywatyzować, będzie będzie sprawa Giełdy Papierów Wartościowych. Po wielu miesiącach negocjowania na placu boju ostał się jeden poważny inwestor - Deutsche Börse. Jeśli teraz Grad się wycofa, będzie się trzeba pogodzić z myślą, że mimo szumnych zapowiedzi
prywatyzacja jest dla Grada jedynie grą pozorów, a nie faktów, co byłoby katastrofą dla państwa, jako że przyszłoroczny
budżet państwa wisi na dochodach z prywatyzacji.
Przed wystawieniem oceny niedostatecznej Grada ratuje rozwiązanie konfliktu o
PZU i - w mniejszym stopniu - także to, że rozpoczął wyprzedaż mniejszościowych pakietów akcji oraz małych spółek trzymanych w państwowym portfelu nie wiedzieć dlaczego.
Grad okazał się pierwszy szefem resortu, który miał pomysł na negocjacje z holenderskim Eureko - zamiast rozmawiać tylko z zarządem tej firmy, przekonywał jej właścicieli. Miał jeszcze polityczną odwagę podpisać się pod ugodą. Gdyby do porozumienia nie doszło, PZU nadal przypominałoby dryfujący okręt, a Polska musiałaby czekać na upokarzający werdykt trybunału arbitrażowego, który mógłby narzucić nam odszkodowanie liczone nawet w dziesiątkach miliardów złotych. Zapłaciliby podatnicy.
Gradowi udało się tak skonstruować ugodę, że Holendrzy zostaną "wykupieni" za pieniądze samego ubezpieczyciela, a do skarbu państwa trafi kilka miliardów złotych dywidendy.