Reforma - przynosząca państwu miliardowe oszczędności - była zapowiadana od dziesięciu lat, ale żaden rząd nie odważył się jej przeprowadzić. Za to obecnemu gabinetowi chwała.
Lecz rząd nie poszedł za ciosem. Aby zasypać dziurę w
ZUS (w ciągu pięciu lat na wypłatę emerytur może zabraknąć 300 mld zł!) i zlikwidować niesprawiedliwości, PO obiecywała, że odbierze przywileje wojsku, policji, rolnikom, górnikom czy płacącym groszowe składki na
KRUS rolnikom.
Skończyło się na zapowiedziach. Donald Tusk z rozbrajającą szczerością przyznał ostatnio w wywiadzie dla "Gazety", że KRUS-u nie ruszy, bo nie chce tego
PSL.
Mundurowi, którzy mogą dziś odchodzić na emeryturę już po 15 latach służby, mieli - według planów rządu - pracować dziesięć lat dłużej. Ale zaprotestowali związkowcy i rząd im uległ. Teraz mają pracować tylko pięć lat dłużej. A i tak reforma ma objąć tylko nowych funkcjonariuszy, którzy wstąpią do wojska czy policji od 2011 r. Rząd nabrał też wody w usta, jeżeli chodzi o zmiany przywilejów górniczych.
Rząd zapewnia, że prawdziwe reformy przeprowadzi, gdy odejdzie straszący wetem prezydent
Lech Kaczyński.
Odpowiedzialny w rządzie za politykę społeczną Michał Boni proponuje wydłużenie wieku emerytalnego. Kobiety i mężczyźni mają pracować do 67. roku życia. Dziś ustawowy wiek emerytalny Polek to 60 lat, Polaków - 65. Ale minister pracy
Jolanta Fedak nie chce o tym słyszeć.
Najnowszy emerytalny pomysł rządu to zagarnięcie pieniędzy OFE. Minister finansów Jacek Rostowski i minister Fedak chcą podreperować finanse publiczne kosztem prywatnych funduszy, którym Polacy oddają 7,3 proc. swojej pensji.
Ekonomiści podkreślają, że to odejście od reformy emerytalnej, która zakładała, że Polacy mają dostawać emeryturę w podobnej wysokości z dwóch źródeł - z ZUS i OFE. Obniżka składek do OFE spowoduje, że znów wszyscy będziemy musieli liczyć na ZUS, co przy problemach budżetu nie napawa optymizmem.
Po krytyce premier Tusk dał jednak do zrozumienia, że takie zmiany szybko nie nastąpią.