Przeszło rok temu Polska wycofała jednostki z Iraku, a w tym roku zniosła pobór. Jednak w świadomości publicznej niepopularny Irak już został zastąpiony przez jeszcze mniej popularny
Afganistan. A o korzyściach ze zniesienia poboru społeczeństwo chyba już nie pamięta.
Na początku roku premier Tusk wezwał szefa
MON, by mu w tydzień przedstawił oszczędności na 5 mld zł. Któryś z wojskowych rzucił w przypływie wisielczego humoru: "To nie talibowie w Afganistanie są groźni, groźniejszy jest nasz minister finansów". Jednocześnie przed kierownictwem MON premier postawił też zadania: prowadzić wojnę w Afganistanie, przeprowadzać proces profesjonalizacji i modernizacji technicznej sił zbrojnych. Dodatkowo wszystko to w konflikcie ze strukturami prezydenta, który decyduje o najważniejszych nominacjach w MON. Zadanie z pozoru niewykonalne.
Wbrew informacjom mediów MON względnie sprawnie radzi sobie z operacją afgańską. Liczący 2 tys. kontyngent jest względnie dobrze wyposażony. Dysponuje
samochodami opancerzonymi i dobrze sprawującymi się transporterami Rosomak, wsparciem powietrznym (śmigłowce Mi-24 i Mi-17). Straty, jakie Polska poniosła w operacji afgańskiej, są niższe niż w innych misjach. Problemem jest to, że MON przegrywa wojnę propagandową, nie jest w stanie przekonać społeczeństwa co do celowości i konieczności wojny.
Większe kłopoty są w kraju. Program profesjonalizacji prowadzony bardzo konsekwentnie wkracza w fazę najtrudniejszą. W armii, która liczy 100 tys. żołnierzy, w dwa lata powinno pojawić się 55 tys. wyszkolonych szeregowych zawodowych. Obecnie jest ich jedynie 28 tys., reszta to podoficerowie i oficerowie. Czy znajdą się pieniądze na zatrudnienie i wyszkolenie 30 tys. zawodowych szeregowców? Będzie to trudne. Po ostatnich cięciach zaś w budżecie MON "plan modernizacyjny armii 2018" nie wygląda wiarygodnie.
Równocześnie szef MON, zamiast podejmować decyzje personalne, zdaje się prowadzić sesje psychoterapeutyczne podległym mu generałom. We wrześniu publicznie prowadził spór z dowódcą wojsk lądowych gen. Waldemarem Skrzypczakiem, zamiast zażądać od krytykującego go wojskowego dymisji. Sytuacja zaś, w której wytypowany generał młodego pokolenia odmawia wyjazdu do Afganistanu, gdzie miał dowodzić, jest chyba pierwszym takim zdarzeniem we współczesnej polskiej armii.
Przyszły rok dla MON zdaje się kluczowy, a dla ministra Klicha tym trudniejszy, że w ciągu dwóch lat nie zyskał sobie mocnego wsparcia premiera i politycznego zaplecza wewnątrz PO.