Z ust Obamy nie padły słowa Tybet czy Sinkiang, w których Chińczycy prowadzą politykę wynaradawiania Tybetańczyków i muzułmańskich Ujgurów, ale podkreślił, że powyższe prawa powinny dotyczyć w szczególności mniejszości etnicznych i religijnych czy to "w Stanach, Chinach, czy gdziekolwiek na świecie".
Amerykański prezydent uderzył też w inny ważny element polityki chińskich władz - najbardziej na świecie rozbudowaną cenzurę internetu. - Zawsze byłem wielkim zwolennikiem otwartego internetu. Zdecydowanie popieram brak cenzury. Więcej informacji bez cenzury to mocniejsze społeczeństwo - podkreślał Obama na początek trzydniowej wizyty w Chinach.
Mówił o tym, odpowiadając na pytania odczytane przez ambasadora
USA. Zostały one nadesłane na stronę internetową Białego Domu, która została uruchomiona przed wizytą Obamy, by chińscy internauci mogli ominąć cenzurę.
Amerykański prezydent starał się jednak wyważyć przesłanie do wrażliwych na krytykę Chińczyków. - Nie próbujemy narzucić żadnego systemu rządzenia innemu narodowi, ale również nie wierzymy, że wartości na których nam zależy, są specyfiką naszego narodu - mówił. Zapewnił, że nie będzie utrudniać wzrostu Państwa Środka. - Witamy Chiny jako silnego, prosperującego i odnoszącego sukcesy członka wspólnoty narodów - podkreślał. Mówiąc to, amerykański prezydent dobrze wiedział, że zwykli Chińczycy sądzą co innego - że Stany Zjednoczone robią wszystko, by podstawiać nogę rywalowi mającemu coraz większe wpływy polityczne na świecie.
Nie wiadomo, do ilu Chińczyków dotarły słowa Obamy. Po żmudnych negocjacjach zamiast tysiąca studentów, z prezydentem spotkało się jedynie trzystu starannie przesianych przez uczelnie. Uprzejmi i operujący biegłą angielszczyzną zadawali pytania, które równie dobrze mogły paść na oficjalnym spotkaniu - o cła na chińskie
opony czy dostawy broni dla Tajwanu.
Transmisja na żywo, o którą zabiegali Amerykanie, ograniczyła się do lokalnej telewizji w Szanghaju. I w niej była opóźniona o kilka sekund, choć nie wiadomo, czy coś z niej wycięto. Relację z debaty umieściły też dwa duże chińskie portale internetowe. Były złej jakości i trudno było cokolwiek z nich usłyszeć - napisała agencja AP. Za to główne wieczorne wiadomości chińskiej telewizji w ogóle nie wspomniały o wizycie Obamy w Szanghaju.
Władze zabezpieczyły się też w inny sposób - przed przylotem prezydenta USA w Pekinie i Szanghaju
policja zamknęła dziesiątki chińskich dysydentów. Władze robią tak z reguły przed wszelkimi ważnymi wizytami, by nie dopuścić do "robienia zamieszania". Po Zhao Lianhai, organizatora kampanii poparcia w internecie dla rodziców dzieci zatrutych rok temu mlekiem z melaminą, policja przyszła w nocy z niedzieli na poniedziałek - poinformowała o tym wczoraj jego żona. W Pekinie zgarnięto dziesiątki petentów - ofiar nadużyć urzędników, którzy przyjeżdżają do stolicy na skargę. A tych, których nie zamknięto, ostrzeżono, by nie "stwarzali problemów".
Jeszcze wczoraj Obama przyleciał do Pekinu, gdzie czekał na niego bankiet z przywódcą Chin Hu Jintao. W programie wizyty w Państwie Środka, kluczowej dla ośmiodniowego tournée Obamy po Azji, jest też zwiedzanie Zakazanego Miasta i wizyta na Wielkim Murze, ale przede wszystkim niełatwe rozmowy o gospodarce.
To ona sprawia, że dwa kolosy, zwane już G2, są ze sobą nierozerwalnie związane. Chiny, które są największym inwestorem w amerykańskie obligacje skarbowe, niepokoją się o ich wartość i chcą, by USA lepiej dbały o kurs dolara. Pekin zażądał ostatnio nawet informacji o reformie służby zdrowia, którą forsuje Obama, bo chce wiedzieć, czy nowe wydatki powiększą
deficyt budżetowy Stanów Zjednoczonych, a to może negatywnie odbić się też na dolarowych zasobach Chin.