Ze sprawy hazardowego lobbingu PO wychodzi poobijana. Ale Tusk stara się odrabiać straty. Jak dowiedziała się "Gazeta", w piątek spotkał się z szefem klubu PO Grzegorzem Schetyną.
Spotkanie ze Schetyną Ponaddwugodzinna rozmowa była pierwszym spotkaniem w cztery oczy liderów Platformy od przeszło miesiąca, gdy Tusk odwołał Schetynę z funkcji wicepremiera i szefa
MSWiA.
- To była dobra rozmowa, Tusk poprosił Schetynę, by wspólnie poprowadzili PO do wyborów prezydenckich i samorządowych w 2010 r. Chce zasypać rów, który powstał między nimi po dymisji Grzegorza. Może ten ostatni miesiąc uświadomił mu, że jednak potrzebuje Schetyny? - zastanawia się ważny polityk PO.
Ale zastrzega: - Czas pokaże, jak będzie.
Wyciągając rękę do Schetyny, Tusk chce przeciąć krążące w partii spekulacje o szykującej się rzekomej bratobójczej walce między nimi.
Najważniejsze wyzwania PO na najbliższe miesiące to wygrana w wyborach prezydenckich i samorządowych (2010 r.) oraz parlamentarnych (2011 r.). Bo - jak powtarzają liderzy Platformy - tylko po zmianie prezydenta przeprowadzenie zapowiadanych reform będzie możliwe. Bratobójcza walka mogłaby ten plan zniweczyć.
- W otoczeniu premiera jest pełna świadomość, że tylko dobra kooperacja Tuska ze Schetyną daje możliwość wygrania kolejnych wyborów - otwarcie przyznaje minister Michał Boni, szef doradców premiera.
Lider jest tylko jeden Ucieczka do przodu z hazardowego kryzysu pokazała, że Tusk niepodzielnie rządzi w PO i swoim gabinecie. Bez konsultacji z
PSL przerwał karierę Schetyny i zafundował mu sejmową zsyłkę. Mimo że - według ujawnionych do tej pory materiałów - Schetynę obciąża tylko znajomość z kasyniarzem Ryszardem Sobiesiakiem. A MSWiA chciało nawet zaostrzenia przepisów ustawy o grach.
- To był sygnał, że nie ma świętych krów - mówi polityk z zarządu PO. - Ktokolwiek stanie na drodze Tuskowi, zostanie wyeliminowany. Schetyna był w szoku, bo myślał, że jest przy Tusku na specjalnych prawach.
Inny rozmówca dodaje: - Tusk wykorzystał okazję, żeby osłabić Schetynę, bo za bardzo wyrósł. Popełnił grzech pychy. Pozwolił, by PR-owcy kreowali go prawie na drugiego premiera. A lider jest tylko jeden.
Tusk po raz kolejny pokazał, że w polityce nie ma sentymentów. Dziwne, że nie pamiętał o tym Schetyna, który - jako jeden z najwierniejszych żołnierzy Tuska - od lat uczestniczył w eliminowaniu kolejnych niewygodnych polityków z jego otoczenia - Pawła Piskorskiego, Zyty Gilowskiej... Jako sekretarz generalny PO na polecenie Tuska wycinał z list wyborczych ludzi Jana Rokity.
Sam Schetyna też był przez chwilę w niełasce u Tuska. Gdy w 2005 r., w szczycie kampanii prezydenckiej, "Newsweek" zarzucił mu niejasne powiązania biznesowe (Schetyna wygrał później proces z "Newsweekiem"), dostał telefon z otoczenia lidera PO, żeby nie pokazywał się na konwencji, bo może zaszkodzić Tuskowi.
Chłopaki nie płaczą Znajomych Schetyny zdziwiły jego melodramatyczne wyznania, że w jego relacjach z Tuskiem coś się skończyło. - Jest rana, która musi się zabliźnić. Skończyło się robienie polityki emocjonalnej opartej na bliskich, osobistych relacjach - mówił Schetyna w "Polska. The Times". - Teraz będzie jak w U2 - członkowie zespołu przyjeżdżają na koncerty osobno, podają sobie ręce, grają, a później wyjeżdżają.
Tusk, nie kryjąc ironii, odpowiedział mu słowami piosenki "Chłopaki nie płaczą" (to zresztą greps samego Schetyny). Premier skarcił go w Polsat News: - Ludzie wybrali nas nie po to, żebyśmy zachwycali swoją przyjaźnią, tylko żebyśmy dobrze pracowali.
Ale wyznaniom Schetyny towarzyszyła kalkulacja - chciał pokazać Tuskowi, że jest samodzielnym politykiem. - A przy okazji, pokazując, jak Donald obchodzi się z przyjaciółmi, podważył jego wizerunek sympatycznego polityka - mówi ich wspólny znajomy.
Według części polityków PO Schetyna zaszkodził sobie tymi wywiadami. - To była nielojalność wobec Tuska, a on takich rzeczy nie zapomina. Za jakiś czas Schetyna pójdzie w odstawkę - mówi polityk z otoczenia szefa rządu.