- Nie dopuszczę, by i tak już obciążone relacje historyczne między Niemcami i Polską zostały nierozsądnie nadszarpnięte - powiedział "Spieglowi" Guido Westerwelle, szef
MSZ i przywódca liberalnej FDP, która od niespełna miesiąca współrządzi Niemcami.
Chodzi o ewentualne wejście Steinbach do rady fundacji zarządzającej Widocznym Znakiem, czyli muzeum wypędzonych, które rząd Niemiec w najbliższych latach zbuduje w Berlinie.
Steinbach domaga się tego od wiosny. Wówczas jednak na jej wejście nie zgodziła się kanclerz
Angela Merkel, na którą naciskała Polska zarzucająca Steinbach fałszowanie historii i przedstawianie Niemców jako ofiary wojny.
Steinbach liczy teraz, że po wyborach i odejściu z rządu socjaldemokratów opór Merkel stopnieje. We wtorek Związek Wypędzonych ma po raz drugi delegować ją do rady Widocznego Znaku. A Westerwelle od tygodnia daje do zrozumienia, że Steinbach nie ustąpi. - Jako posłanka w Bundestagu głosowała przeciwko polityce rządu chadeka Helmuta Kohla i liberała Hansa-Dietricha Genschera w sprawie uznania granicy na Odrze i Nysie - mówi Westerwelle. - Zrozumiałe jest, że doprowadziło to do obiekcji w Polsce. Mam nadzieję, że Związek Wypędzonych postąpi rozsądnie w sprawie nominacji. Jeśli nie, to będę musiał sam to rozstrzygnąć - grozi szef MSZ.
Słowa ministra to dla Steinbach policzek. Od miesięcy próbowała dotrzeć do Westerwellego i przekonać go do poparcia swojej sprawy. Uważa, że skoro to ona zainicjowała dziesięć lat temu debatę o upamiętnieniu wypędzonych, to należy się jej chociaż symboliczne uznanie. Z pozoru wydawało się to proste, bo wypędzeni i liberałowie od lat mają dobre kontakty i nawet polscy dyplomaci obawiali się, że FDP ustąpi Steinbach. Tymczasem Westerwelle powiedział "nie", twierdząc, że stosunki z Polską są dla niego priorytetowe, a poparcie dla wypędzonych doprowadzi je do katastrofy.
Steinbach zaatakowała więc frontalnie. Tydzień temu w "Bild am Sonntag" zażądała od Westerwellego, by "nie budował pojednania nad grobami wypędzonych". - Rzuciła mu wyzwanie i pogrzebała swe szanse. Po czymś takim minister nie może się ugiąć. Tym bardziej że Steinbach to nie jego bajka - ocenia jeden z niemieckich dyplomatów.
Teraz Steinbach próbuje ratować sytuację, wzywając odsiecz z Bawarii. Tamtejsza chadecja - CSU i jej szef bawarski premier Horst Seehofer - to jej najwierniejsi sojusznicy. Nie przebierając w słowach, za sprzeciw wobec jej kandydatury Bawarczycy atakowali zarówno Merkel, jak i Warszawę (o polskich protestach Seehofer mówił, że to hańba i mieszanie się w wewnętrzne sprawy Niemiec). Podobnie dzieje się teraz, bo Seehofer zaczął wygrażać Westerwellemu. - Nie radziłbym mu się sprzeciwiać. Jesteśmy przecież w koalicji - oświadczył w weekend.
Mimo to szanse Steinbach na wejście do Widocznego Znaku nie rosną. - Skład rady ustala rząd, skoro Westerwelle jest przeciw, to praktycznie sprawa jest przesądzona. Wątpliwe, że sprawa w ogóle pojawi się w porządku obrad - mówi niemiecki dyplomata. Jego zdaniem jedyny problem jest w tym, że Angela Merkel nie powie wprost, że nie życzy sobie Steinbach w radzie muzeum. - Steinbach nic nie wywalczy, ale krwi napsuje - mówi nasz rozmówca.