Swoje ośmiodniowe tournée po Azji Obama rozpoczął od kraju, w którym niedawno doszło do politycznego
trzęsienia ziemi. Starą elitę, która przez pół wieku gwarantowała sojusz ze Stanami Zjednoczonymi, pokonała w wyborach już nie tak bardzo proamerykańska opozycja. Nowy szef rządu z Partii Demokratycznej zapowiedział nawet, że
Japonia będzie mniej zależna od Waszyngtonu w polityce zagranicznej.
Obama przyjechał akurat w czasie, gdy na Okinawie trwa gorący spór o przeniesienie bazy wojsk
USA w inny, mniej zaludniony rejon wyspy. Wielu mieszkańców Okinawy chce w ogóle pozbyć się amerykańskich żołnierzy. Jednym z haseł wyborczych Partii Demokratycznej było zresztą zrewidowanie istniejącego porozumienia o statusie wojsk USA w Japonii. W kraju tym, którego własne siły zbrojne ogranicza pacyfistyczna konstytucja, stacjonuje obecnie ok. 47 tys. amerykańskich żołnierzy.
W ulicznych sondażach z okazji wizyty Japończycy podkreślali, że oczekują od Waszyngtonu więcej szacunku dla swego kraju. Ale to nie znaczy, że ktokolwiek z polityków poważnie myśli o zerwaniu sojuszu. - Dla Japonii pozostaje on kluczowy - potwierdził wczoraj Hatoyama, który stojąc na konferencji prasowej obok Obamy, kilka razy uśmiechnął się porozumiewawczo i kiwał głową.
Takie spory ze starymi przyjaciółmi to tylko zapowiedź trudności, jakie czekają w Azji prezydenta USA. W najbardziej dynamicznym gospodarczo regionie świata wzrasta bowiem wpływ Chin. Dlatego Obama chce pokazać, że
Ameryka nie zapomina o Dalekim Wschodzie. Wczoraj dobrze odrobił lekcję. Podkreślał, że traktuje Japonię na równych prawach, a nie z góry. Mówił o osobistych wspomnieniach, o tym że w Tokio jest po raz drugi, bo poznał je jako dziecko, gdy jechał z matką do Indonezji, gdzie po raz drugi wyszła ona za mąż. Jeszcze przed wizytą przypomniał, że urodził się na Hawajach, a więc jest "z tej części świata".
Z Japonii Obama poleci dziś do Singapuru na szczyt Współpracy Gospodarczej Azji i Pacyfiku (APEC). Spotka się tam m.in z premierem Rosji Dmitrijem Miedwiediewem i Indonezji Susilo Yudhoyono Bangbangiem. Obama zrobi tam wszystko, by ominąć rządzących Birmą generałów, którzy również będą na spotkaniu państw APEC. USA od lat domagają się demokratyzacji kraju i wypuszczenia na wolność liderki opozycji Suu Kyi. W niedzielę prezydent USA przeniesie się do Chin, które są kluczem całej wizyty, a w czwartek zakończy tournée w Korei Południowej.
Najtrudniejsza część podróży to Chiny, które są dziś dla Ameryki, jak powiedział agencji Reuters sam Obama, jednocześnie rywalem i partnerem. Prezydent USA odwiedzi Szanghaj i Pekin, wejdzie na Wielki Mur, spotka się też z przyrodnim bratem z Kenii od lat mieszkającym w Chinach. Nadal nie wiadomo, czy gospodarze zgodzą się na debatę w Szanghaju z młodzieżą i jej transmisję przez telewizję.
Z chińskim przywódcą Hu Jintao Obama porozmawia o handlu, ociepleniu klimatu, sprawach globalnego bezpieczeństwa, Korei Północnej i Afganistanie oraz - na co nalegali Chińczycy - o Tajwanie i Tybecie. Pekin korzysta z okazji, by jeszcze raz podkreślić, że jedno i drugie "to ich sprawy wewnętrzne". Chińczycy będą konsekwentnie domagać się, by
Stany Zjednoczone przerwały dostawy broni dla Tajwanu i by Obama nie przyjmował Dalajlamy.
Prezydent USA za najważniejszy problem uważa nie politykę, lecz sprawy gospodarcze. Reutersowi mówił, że priorytetem w stosunkach z Chinami musi być zmniejszenie "nierównowagi". Niezdrowy jest zarówno fakt, że Ameryka ma dziś z Państwem Środka 268 mld deficytu handlowego (dane z 2008 r.), jak i to, że Pekin zgromadził 2,3 bln rezerw walutowych w dolarach - najwięcej na świecie. Zainwestował też setki miliardów dolarów w amerykańskie obligacje. Gdy tak jak dziś dolar słabnie, Chińczycy mają powody do niepokoju. Gdyby zaczęli pozbywać się nagle zgromadzonych dolarów, mogliby doprowadzić do zapaści amerykańskiej waluty.