Pośród prób, na jakie wystawiło nas minione stulecie, można znaleźć pewien radosny moment: mam na myśli bezkrwawy rozpad sowieckiego imperium, zdumiewające, trudne do pojęcia wydarzenie, które nastąpiło niczym cudowne zjawisko naturalne, jakiemu przyglądamy się z zachwytem albo ze strachem, ale nasz wpływ na nie jest żaden. Kiedy więc zawalił się ten kolos na glinianych nogach, zapłonęły ogniki radości, a w Europie, jak długa i szeroka, rozpoczęło się beztroskie święto. I dopiero gdy przeminęła pierwsza euforia, pomyślano o potwornej spuściźnie, którą zostawił po sobie ów martwy gigant, i dopiero wtedy, w atmosferze strachu, nagle narodziła się europejska idea.
Mówiąc ściśle, powstał plan powołania do życia unii gospodarczej i celnej. O idei jeszcze nie było mowy. Raczej cieszyliśmy się, że dobiegła końca epoka idei, które przyniosły tyle szkód. Wydawało się, że wraz ze śmiercią ostatniego totalitarnego imperium wymarła ostatnia totalitarna ideologia, a fałszywa idea państwowego socjalizmu utraciła w Europie grunt. Tym bardziej sensowna wydawała się pełna perspektyw, rozsądna myśl o unii pieniężnej i celnej. Europa już dawno opowiedziała się za tradycją racjonalistyczną i choć powołała do życia irracjonalne byty państwowe i absurdalne systemy władzy, w końcu zawsze gorąco je potępiała. Dlaczego więc teraz trzeba ubierać w kostium idei, idealizować, a nawet ideologizować tę bezwzględnie potrzebną instytucję czy system instytucji, jakim jest
Unia Europejska?
xxxxxxx Ten pragmatyzm, obecny w wielu salach obrad, gdzie brzmiał głos finansowych debat i walenie w stół wzburzonych dyskutantów broniących swoich własnych interesów, okazał się językiem, którego wielu nie rozumiało, a z pewnością nie rozumiał go nikt w od niedawna cieszących się wolnością krajach wschodniej Europy. Te kraje pozostawiono samym sobie i - jakkolwiek osobliwie to brzmi - po latach nędznej pewności obcych zaborów zapanował w nich strach i bezradność. Daremnie wzruszano ramionami, daremnie powtarzano nadęte frazesy, jak choćby ten, że zrośnie się to, co do siebie należy - do dzisiejszego dnia rany nie zabliźniły się, a miejsce dynamiki odnowy zajęła ideologiczna próżnia.
To była ważna chwila, bo wtedy - w mojej opinii - rozstrzygnął się los Europy i nas wszystkich, który przeżywaliśmy pod znakiem niespodziewanego rozpadu dawnego konsensusu, radykalizacji, strachu przed terrorem, ale także z uczuciem bezsilności. Jugosłowiańskie ludobójstwo uczyniło oczywiste to, że Europa ociąga się z przejęciem przytłaczającego dziedzictwa, jakie pozostawił po sobie sowiecki kolos. Przez kilka lat po prostu nikt nie odważył się dostrzec, że wzdłuż południowo-wschodnich granic Europy pojawiły się parowy apokalipsy, które dziś, 15 lat później, zagrażają całemu światu.
Może używam ostrych słów, ale nie widzę powodu, bym musiał się tłumaczyć. Jestem przekonany, że w dosłownym tego słowa znaczeniu nadszedł czas powagi, czas rzeczywistej interpretacji faktów w miejsce populistycznych frazesów, prawniczych oracji i służących manipulacji politycznych emocji.
Wiele mówi się dzisiaj o "starej" Europie, o Europie tradycji, o kulturze europejskiej, i nie ulega wątpliwości, że kryzys, a nawet konflikt, jakiego w całej Europie jesteśmy dziś świadkami, jest w dużej mierze kryzysem kulturowym. Jeśli zastanowimy się nad tym, że w sumie w XX wieku Europa odniosła zwycięstwo nad zagrażającymi jej bytowi totalitaryzmami, dwoma totalitarnymi ideami, jakimi był nazizm i komunizm, co więcej, w imię tego zwycięstwa weszła w nowe tysiąclecie, w gruncie rzeczy możemy być zadowoleni. Z drugiej jednak strony te totalitarne systemy narodziły się na europejskim terytorium, a ich korzenie czerpały soki z zatrutej ziemi europejskiej kultury. Powstaje więc pytanie, czy aby je zwalczyć, wystarczyłoby europejskiej żywotności i czy stałoby się to możliwe bez pomocy Stanów Zjednoczonych.
Możecie państwo powiedzieć, że to kwestia polityczna, nie kulturowa. I z pewnością tak by było, gdybyśmy nie widzieli, jak Europa, podobnie jak w 1919 czy 1938 r., zmaga się z ideologicznymi pytaniami i jest podobnie niepewna jak wtedy. Jak to możliwe, skoro przez ponad pół wieku od zakończenia II wojny światowej nie słyszeliśmy o niczym innym, jak tylko o wadze pamięci, okropieństwach wojny, o konieczności wyciągnięcia wniosków, jakie płyną z Holocaustu i Gułagu, by te straszne rzeczy już nigdy więcej się nie powtórzyły.
xxxxxxx Nie ulega wątpliwości: pamiętać nie jest łatwo. Niedawno odwiedziłem pewną ekspozycję, na której wystawione były dokumenty dowodzące zbrodni popełnionych przez Wehrmacht, i nagle spostrzegłem się, że stoję tam sztywny, niczym uprzejmy obcy, starając się zachować dystans, by tylko pokazany materiał nie przygniótł mnie swoją potwornością. Czyżbym zapomniał, że sam uczestniczyłem w tych strasznych wydarzeniach i że je przeżyłem? Czy zapomniałem zapach pełnych rosy poranków dudniących odgłosami karabinowych serii? Niedzielne wieczory w obozie, kiedy w oczekiwaniu na krematorium marzyliśmy o świątecznych ciastach? Nawet jeśli nie zapomniałem, kiedy przelałem je na papier, wszystko wypaliło się we mnie i ucichło.
Niechętnie rezygnuję z tego spokoju, choć to właśnie byłoby potrzebne: wstyd za to, co widać na tych fotografiach i w tych dokumentach, dotyka nas wszystkich - czy byliśmy tam, gdzie ludzie kopali sobie masowe groby, do których trafią za chwilę z rąk swoich ludzkich braci, czy tylko otrzymaliśmy w spadku te straszne fakty, od których nigdy się nie wyzwolimy.
Ecce homo - czy tym jest człowiek? Pewnego dnia zabierają go od żony, dzieci, starych rodziców, aby na drugi dzień z wyrazem zadowolenia malującym się na twarzy strzelał do kobiet, dzieci i starców stojących nad rowem. Jak to możliwe? Zapewne z pomocą nienawiści, która wraz z kłamstwem stała się nieodłączną potrzebą, że tak się wyrażę, najważniejszym duchowym pokarmem człowieka naszych czasów.
Pierwszym zadaniem nowej Europy będzie wytyczyć jasne drogi w dżungli fałszu i ideologii. Charakterystycznym zjawiskiem XX wieku jest bowiem to, że polityka i kultura stały się nie tylko swoimi przeciwieństwami, ale wręcz wrogami. W tym strasznym wieku utraty wszelkich wartości wszystko, co niegdyś było wartością, zamieniło się w ideologię. Wybiła godzina politycznych rozbójników i ludowych przywódców, którzy za pomocą rozwiniętego aparatu partyjnego podejmują się kierowania tłumami i wykorzystywania ich do swoich interesów.
xxxxxxx Nigdy nie było bardziej oczywiste, że istnieją co najmniej dwie Europy, w których co najmniej na dwa sposoby przegląda się niczym w lustrze wspólna europejska historia i jej wspólne doświadczenie. Powszechnie uważa się, że demokracja jest systemem politycznym, ale kiedy dobrze się zastanowimy, raczej jest ona kulturą, a nie tylko systemem - i słowa kultura używam tu w dwoistym znaczeniu.
W Europie Zachodniej demokracje powstawały w sposób organiczny, tam demokracja jako system polityczny wyrosła na gruncie kultury społecznej, w drodze ekonomicznych, politycznych, mentalnych konieczności zwieńczonych sukcesem rewolucji bądź wielkich społecznych kompromisów. W środkowej i wschodniej Europie najpierw stworzono - o ile stworzono - system polityczny, a społeczeństwo powoli, poprzez trudny, a nawet bolesny wysiłek musiało się do niego dostosować.
Ale czy nie stało się podobnie z tzw. socjalizmem? Ten ostatni w wielu miejscach zbudowany został na gruncie feudalnego porządku, a jego osobliwa groteskowość wynikała właśnie z tego, że ideologia podniesiona do rangi państwowego wyznania stała w całkowitej sprzeczności z jego praktycznym funkcjonowaniem, a tę brutalną sprzeczność można było pokonać jedynie terrorem, co oczywiście miało swoje konsekwencje.
Miejmy świadomość: prawdziwym novum XX wieku było państwo totalitarne oraz Auschwitz. Na przykład XIX-wieczny antysemityzm ani nie chciał, ani nie potrafił wyobrazić sobie Endlösung [ostatecznego rozwiązania]. A zatem wytłumaczeniem Auschwitz nie może być zwyczajny, archaiczny, żeby nie powiedzieć - klasyczny antysemityzm.
Musimy zrozumieć, że między tymi dwoma zjawiskami nie istnieje organiczny związek. Nasza epoka nie jest epoką antysemityzmu, jest epoką Auschwitz. A antysemita naszych czasów nie nienawidzi Żydów, lecz pragnie Auschwitz i Holocaustu. Eichmann zeznał podczas procesu w Jerozolimie, że nigdy nie był antysemitą, i choć obserwatorzy na sali wybuchnęli śmiechem, uważam za całkiem możliwe, że mówił prawdę. Do wymordowania milionów Żydów totalitarne państwo potrzebowało nie antysemitów, ale dobrych organizatorów. Musimy wyraźnie zobaczyć: żadna totalitarna partia ani żadne totalitarne państwo nie obędzie się bez dyskryminacji, a totalitarną formą dyskryminacji jest właśnie ludobójstwo.