Nawet owo wielkie wydarzenie naukowe, jakim stała się słynna obrona pracy doktorskiej, zostało zdezawuowane. Początkowo słusznie potraktowano je w kategoriach cudu, co miłośnicy organu Rydzyka podkreślali w licznych listach do redakcji. Bo nie dość, że "napisanie rozprawy doktorskiej jest wysiłkiem prawdziwie heroicznym", to "ludzie nauki, promotorzy, członkowie komisji egzaminacyjnej i wszyscy, którzy mieli zaszczyt uczestniczyć w obronie pracy doktorskiej Ojca, mogą się czuć z tego powodu dumni". Nastrój niebywałej dumy zdruzgotał jednak kolejny list do "Naszego Dziennika": "Nie znamy takiego wyróżnienia i takiego tytułu naukowego, na które czcigodny Ojciec by nie zasługiwał". Te pochopne słowa oznaczają, że tak niezwykły doktorat niewiele jest wart wobec prawdziwych godności, podstępnie zawłaszczonych przez innych.
Z cudu w Sokółce cieszyliśmy się kilka dni, i już było po cudzie. Najpierw, kiedy rozpuszczona w wodzie hostia zamieniła się w kawałek serca, radość sokółczan nie miała granic: "O Sokółce będzie głośno. Tak jak o Łagiewnikach czy o Częstochowie". Sam biskup głośno się zastanawiał, "czy w przyszłości do naszej świątyni nie będą zmierzały pielgrzymki z całego świata". I pewnie by zmierzały, gdyby nie uaktywnili się zaraz jacyś podejrzani naukowcy, którzy oświadczyli, że o żadnym sercu nie może być mowy. Jeśli już, to tylko o prostackich bakteriach.
Niestety, na nic odświętnego nie możemy liczyć. Otacza nas ponura rzeczywistość, którą jakże pięknie, choć nietrafnie opisał na łamach gazety Ojca Dyrektora Doktora poeta: "Tym, którzy dla Polski coś dobrego robią, ogromne kłody pod nogi rzucają, bo w Polsce nie może być mądrzejszych od nich, mimo że sami żadnego rozumu nie mają".
Owszem, oni rzucają ogromne kłody. Ale swój rozum mają, i to w nadmiarze. Oni - jak się dowiadujemy z "Gazety Polskiej" - to legion. "Tusk otrzymuje wsparcie ze strony licznego i potężnego legionu, który swą pozycję społeczną budował na współpracy z sowietyzmem. [ ] Tusk jest oparciem nie tylko dla tuzów targowicy, ale i dla każdego, czyje nazwisko znalazło się w spisach tajnych współpracowników SB". To opinia niewątpliwie prawdziwa, choć stan napięcia, w jaki wprowadził się autor, odebrał mu precyzję myślenia. O jakich tuzach targowicy on mówi? Przecież o targowicy wspominano ostatnio w kontekście podpisania przez prezydenta traktatu lizbońskiego. Czy premier opiera się na prezydencie? Byłoby pięknie, ale nas nic pięknego nie może przecież spotkać. Żyjemy w systemie, który tym się jedynie wyróżnia, że stawia na "promocję aborcji, eutanazji i homoseksualizmu" - wyjaśnia "Myśl Polska". To się nie zmieni, a idzie ku gorszemu: "niedługo wykazanie się tajną przynależnością będzie stanowiło w jeszcze większym stopniu przepustkę do każdej kariery, tak jak już jest nią posiadanie w szafie czerwonej legitymacji partii robotniczej. W Kościele, rządzie, nauce i biznesie kroczą z wysoko podniesioną głową dawni współpracownicy".
Wobec takiej grozy byłaby pocieszeniem wiadomość, że poseł
PiS Dziedziczak rezygnuje z funkcji powiernika Zakonu Rycerzy Kolumba w Polsce. Stało się to po tym, kiedy trzech innych rycerzy Kolumba, ale z PO, nie poparło w Sejmie projektu "Contra in Vitro". Piękny protest, lecz co z tego? Przecież ten zakon bez Dziedziczaka sobie nie poradzi. Padnie jak amen w pacierzu. Naprawdę wygląda na to, że wszystko na nic.