http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Brazylia. Biednym bliżej do piekła

Maciej Stasiński
2009-11-13, ostatnia aktualizacja 2009-11-11 17:32

Mural
Mural "Pokój wszystkim"
Fot. CRIANCA ESPERANCA

Mieszkańcy Rio de Janeiro zszywają swoje miasto

Takiego basenu jak na wzgórzu Cantagalo dzieci w innych favelach nie mają
Fot. CRIANCA ESPERANCA
Takiego basenu jak na wzgórzu Cantagalo dzieci w innych favelach nie mają
Niedawno gangsterzy zestrzelili nad Morro de Macao policyjny helikopter. Zginęło dwóch policjantów
Fot. Alexandre Brum AP
Niedawno gangsterzy zestrzelili nad Morro de Macao policyjny helikopter...

Fot. PIOTR JANOWSKI/AGENCJA GAZETA
Fot. RENZO GOSTOLI AP
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Dobrych gliniarzy jest 120. Należą do UPP - pokojowych oddziałów, które w odróżnieniu od policji szturmowej nie strzelają, lecz pilnują spokoju. Policjanci siedzą na trzech posterunkach na dole, dwóch w połowie i jednym na samym szczycie gęsto zabudowanego stromego wzgórza - Morro Santa Marta. Po wzgórzu krąży także lotny patrol. - Z początku ludzie traktowali nas jak wrogów, ale to się zmienia - mówi młody policjant z posterunku na szczycie, skąd widać całe morro zamieszkane przez ponad 20 tys. ludzi. - Widzą, że nie przyszliśmy do nich strzelać. Zresztą gangi narkotykowe zniknęły nazajutrz po naszym przyjściu.

Santa Marta to jedna z pięciu pierwszych faveli, gdzie na stałe weszły oddziały UPP. Tu łatwo było przeciąć szlaki szmuglu. Inne favele, bardziej rozległe, nie dadzą się tak łatwo odciąć od otoczenia. Tam nie ma żadnych gliniarzy. Źli wjeżdżają, strzelają i wycofują się. Dobrzy będą mieli o wiele trudniej.

Dzieci są nadzieją

Wszystko zaczęło się w 1897 roku. W straszliwej wojnie na biednym północnym wschodzie (Nordeste) kraju z rąk wojska zginęli prawie wszyscy z 30 tys. zbuntowanych mieszkańców miasteczka Canudos. Wojna, opisana przez Euclidesa da Cuhnę w sławnej książce "Os sertoes" i ponownie, po 80 latach, odtworzona przez Mario Vargasa Llosę w "Wojnie końca świata", do dziś jest cierniem w pamięci zbiorowej Brazylii. Ci, którzy przeżyli, zaczęli się osiedlać wokół Rio de Janeiro, stolicy Brazylii, na wyjałowionych wzgórzach opuszczonych przez plantatorów kawy. Pierwsze było osiedle na Morro da Providencia (Wzgórze Opatrzności). Uchodźcy nazwali swoje osiedle "favela", jak wcześniej nazywali porośnięte buszem wzgórza w swych rodzinnych stronach. Z czasem morros, czyli wzgórza, zasiedlało coraz więcej ludzi - uciekali przed okresowymi plagami suszy w Nordeste, nędzą, przemocą właścicieli ziemskich i wojskiem pacyfikującym głodowe bunty.

Morro i favela to synonimy. I symbol kraju rozpiętego między XIX i XXI wiekiem. Społeczeństwa pękniętego na dwoje - na syty asfalt i nędzną favelę. Asfaltu pilnują państwo i policja. Favelę pozostawiono samą sobie. Przez dziesięciolecia państwo składało jej wizyty pod postacią strzelającej policji.

Dopiero ostatnio coś zaczęło się zmieniać. Dzięki nowej policji Santa Marta ma spokój od gangów. Z kolei w innych favelach, choć ciągle są kontrolowane przez mafię, zaczyna się coś dziać w kulturze, edukacji, sporcie, rozrywce. Kiedy wjeżdżam windą na wzgórze Cantagalo-Pavao, gdzie mieszka 20 tys. ludzi, wita mnie ogromny napis: "Criança esperanca" (Dziecko to nadzieja). To największy w Rio projekt integracji społecznej i awansu cywilizacyjnego mieszkańców morros. Na ścianie wiersz Polaka Tomasza Lisowskiego: "I książę... i chłopaczek carioca z morro, i mały Palestyńczyk, i Żyd z Betlejem... to wszystko dzieci urodzone ze skrzydłami, żeby mogły latać".

Na drugiej ścianie ogromny mural "Pokój wszystkim" namalowany wokół dziur po kulach, które wbiły się w ścianę kilka lat temu, kiedy jeszcze strzelaniny były w Cantagalo na porządku dziennym. Na fresku z życia faveli jest - niczym u Boscha - wszystko - od strzelanin z policją latającą helikopterami nad morro po święta i zabawy ludowe. Jairo Coutino, kierujący programem "Criança esperança" w Cantagalo, jest dumny jak paw. - Kiedy zaczynaliśmy, mieliśmy kilkadziesiąt zabójstw rocznie. Dzisiaj jest ich zero.

Jairo jest psychiatrą, doradzał prezydentowi Lula da Silva, politykę rzucił dla Viva Rio. Obchód z nim sal ośrodka jest jak podróż po abecadle normalnego życia, którego dzieci w morros zwykle nie mają okazji zaznać. Wielkie plansze i napisy mówią, że sport to gra, rywalizacja z przeciwnikiem, ale nie wojna z wrogiem, którego należy zabić. Że życiem ludzi powinny rządzić zasady: szacunek, poczucie własnej i cudzej wartości, współpraca, jedność, dyscyplina, punktualność, uczciwość, dążenie do doskonałości itd.

W kolejnych salach świat w miniaturze. Jest warsztat tkacki, murarski, przy którym kręcą się młodzi ludzie z kielniami. Ogród, gdzie sadzą i podlewają rośliny, sala komputerowa z internetem, biblioteka z 38 tys. tomów, gdzie instruktorzy pomagają odrabiać lekcje dzieciom. Świetlica z grami planszowymi, kącik zabaw z huśtawkami i piłkami. Jest sala kinowa i teatralna, basen na wolnym powietrzu, boisko do piłki nożnej i koszykówki, sale do telekursów eksternistycznych dla dorosłych. Zajęcia prowadzą młodzi ludzie, często, to wychowankowie ośrodka z poprzednich lat.

Ośrodek szuka mieszkańcom pracy na asfalcie. Ale uprzedzenia przełamuje się niełatwo. Zdarza się wciąż, że z eleganckich sklepów na dole wyprasza się ludzi wyglądających na "favelados" lub wzywa policję z obawy przed napadem lub kradzieżą. Jednak po pięciu latach działalności "Criança" pomogła zatrudnić na asfalcie ponad 9 tys. mieszkańców Cantagalo. To może kropla, ale może wydrąży skałę.

Codziennie "Criança" obsługuje ponad 5 tys. mieszkańców, na rozmaite zajęcia przychodzi razem ponad 7 tys. osób, około jednej trzeciej wszystkich mieszkańców. W całej Brazylii program, na który wydaje się 15 mln dolarów rocznie, objął już 114 tys. dzieci w 73 ośrodkach.

Walka wręcz i abecadło obywatelskie

Dziś w ok. tysiącu faveli żyją 2 mln ludzi, prawie jedna trzecia mieszkańców Rio. Spokoju, jak w Santa Marta, czy sielanki edukacyjnej, jak w

Cantagalo, nie ma większość faveli. Nie zna ich zwłaszcza ogromna dzielnica A Mare ciągnąca się przez 14 km wzdłuż oceanu, gdzie w 17 gminach mieszka prawie 200 tys. ludzi.

W samym środku A Mare działa ośrodek sportów walki Luta pela Paz (Walka o Pokój) założony przez byłego brytyjskiego boksera Luke'a Dowdneya, który przyjechał do Rio pisać pracę z antropologii. Przejęty przemocą i zdziczeniem młodzieży w A Mare założył ośrodek sportowy.

W sali gimnastycznej z ringiem pośrodku na ścianach znajome hasła z kodeksu społecznego, których uczą w Cantagalo: szanuj bliźniego, bądź odpowiedzialny, punktualny, pokojowy, skromny, uczciwy, grzeczny, solidarny, uważny na innych, umiej słuchać, szanuj sprzęt i materiały.

Na co dzień ćwiczy tu 400 dzieciaków. Nie tylko boks i style walki. Sport to drzwi do normalnego życia. Oprócz posługiwania się pięściami i stopami zgodnie z ustalonymi regułami rywalizacji sportowej - a nie jak w morros, by zabić i przeżyć - młodzież uczy się czytać i pisać oraz żyć we wspólnocie. Podobno garną się chętnie, a jak naruszą kodeks, mają trzymiesięczną kwarantannę. W większości bardzo to przeżywają i starają się wrócić.

Ośrodek obrasta kursami z innych dziedzin. Kierują nimi byli wychowankowie, jak Sinval. Przyszedł do ośrodka siedem lat temu, kiedy miał 22 lata i był młodocianym bandytą. - W drugiej połowie lat 90. żyłem w świecie bez wyjścia. To było straszne, mord, dragi. Młodzi ludzie szli na zatracenie - mówi Sinval.

Opowiada, że miał dość tego życia. Zbuntował się, gdy przyjechał Dowdney. Teraz sam pomaga innym. Dla młodszych jest autorytetem, bo stoi za nim jego własne życie. - Do nich trzeba trafiać łagodnie. Nie trzeba za dużo pytać. Znają moją przeszłość. I wiedzą, o czym im mówię.

Sinval pracuje z grupą około 80 dorosłych powyżej 25 lat. Jest ich mentorem w sprawach alfabetu, ale też w kwestiach rodzinnych, życiowych, uczuciowych, edukacji. - Na początku nic nie chcieli mówić - opowiada. - Potem musieli się wyładować, wygadać, jakie mieli parszywe życie. Teraz nawet piszą, niektórzy już pracują poza morro i wracają na noc. To działa, bo każdy jest tu lustrem, w którym przegląda się następny.

Źródło: Duży Format
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    29 głosów