http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Pół wieku z Mikołajkiem

Jacek Szczerba
2009-11-13, ostatnia aktualizacja 2009-11-11 16:15

Rozmowa z Anne Goscinny, córką René Goscinnego, współtwórcy m.in. Mikołajka, Asteriksa i Lucky Luke'a

Anne Goscinny - córka Rene Goscinnego, autora ''Przygód Mikołajka'' w czasie spotkania z czytelnikami w ambasadzie Francji
Fot. Wojciech Surdziel / Agencja Gazeta
Anne Goscinny - córka Rene Goscinnego, autora ''Przygód Mikołajka'' w czasie...
Rodzina pani ojca René Goscinnego ma polskie korzenie. Co pani o nich wie?

- Mój dziadek Stanislas Goscinny pochodził z miejscowości w pobliżu Warszawy. Nie wiem z jakiej. Do Francji przyjechał na początku XX wieku. Był chemikiem, ale ten zawód to była właściwie przykrywka. Gdy w 1928 r. wyjechał do Argentyny, pracował dla barona Hirscha w organizacji, która nazywała się Żydowskie Stowarzyszenie Kolonizacyjne. Pomagała Żydom z Europy Wschodniej wyjechać do Ameryki Południowej. W Warszawie zostało dwóch braci i siostra dziadka. Podczas wojny zginęli w getcie.

Dziadek ratował innych, ale własnej rodziny uratować mu się nie udało.

- To dziwne, że skutecznie namawiał do wyjazdu innych, ale najbliższych nie przekonał. W Buenos Aires umarł na wylew krwi do mózgu w tym samym roku co oni w Polsce - w 1942.

Żona dziadka była Ukrainką. Gdzie się spotkali?

- Ojczyzną mojej babki był sztetl - Chodorków koło Kijowa, zniszczony przez pogrom. Jej rodzina wyjechała do Paryża. Byli drukarzami wydawcami. Napisali, wydrukowali i wydali jedyny istniejący słownik hebrajsko-jidysz.

We Francji poznała dziadka. Pobrali się. Mój ojciec urodził się w 1926 r. Dwa lata później dostali francuskie obywatelstwo. Z powodu Mikołajka o ojcu mówi się, że był nieomal francuskim szowinistą, a przecież on był w Paryżu tylko do drugiego roku życia. Potem wyjechał z rodzicami do Argentyny, gdzie spędzili 17 lat. Potem był w Nowym Jorku. Do Francji wrócił na początku lat 50., zahaczając po drodze o Belgię. Wiele razy miał możliwość zostania Amerykaninem, ale zawsze odmawiał. Miał tam chyba jakąś kobietę. W Stanach się jednak nie ożenił. Miał obsesję Francji, chciał wrócić, chciał być w niej znany.

W chwili śmierci ojca miała pani dziewięć lat. Jakie wspomnienia zostały pani po nim?

- W mojej głowie miesza się to, co z nim przeżyłam, to, co mi o nim opowiedziano. To są jednak raczej wrażenia, impresje niż wspomnienia. Pamiętam ojca jako troskliwego, zakochanego w swojej żonie i bardzo straumatyzowanego jej chorobą.

Moja matka zachorowała w roku 1976, mając 34 lata, ja miałam wtedy osiem. To był rak piersi, w tamtych czasach oznaczający szybki wyrok śmierci. Przygotowywano mnie do tej śmierci. Ojciec szalał z bólu. Matka była o 17 lat młodsza od niego. Ale to on umarł rok później. Ona przeżyła jeszcze 17 lat. Zmarła, tak jak ojciec, w wieku 51 lat.

Wszystko, co pisał pani ojciec, było dowcipne. Czy prywatnie też był taki?

- Z jednej strony ubierał się jak notariusz z prowincji, zawsze w krawacie. I był strasznie strachliwy: ilekroć skończył coś pisać, mówił matce, że to już jego ostatnia historia, bo nie ma więcej pomysłów. Z drugiej strony, gdy miał publiczność, choćby kolegów, którzy odwiedzili go w domu, zachowywał się bardzo śmiesznie.

Ojcem był klasycznym, choć nie autorytarnym. Ale wcale nie był cool. Przerażało go, że Francuzi źle odnoszą się do dzieci sławnych ludzi. Bał się, że coś może mi się stać. Nie chciał nawet, żebym sama jeździła windą.

Pisze pani powieści. W książce "Le pere éternele" jest fragment o dziewczynce na cmentarzu. Jest z matką na pogrzebie ojca. Matka płacze, dziewczynka trzyma ją za rękę. Czy to rzeczywiście książka autobiograficzna, jak chcą tego recenzenci?

- Dużo w niej autobiografii. Napisałam rodzaj trylogii. Pierwsza książka - "Le bureau des solitudes", jest jak spis rzeczy z pozostałych, druga - "Le voleur de mere", traktuje o chorobie matki, trzecia - "Le pere éternele" - o ojcu. A może raczej o nieobecności ojca. O żałobie po nim, o bólu i o trudnościach, jakie napotyka dziewczynka, która dorasta, staje się kobietą, nie mając na sobie męskiego spojrzenia, choćby ojcowskiego. Bo obok są tylko matka i babka.

Chciałam przywołać rozwiązania zastępcze, jakie, w takim przypadku, może zastosować dziewczynka: ona widzi swego ojca w jakimś pisarzu, piosenkarzu, profesorze czy psychiatrze. Tworzy obraz ojca, który jest wielkością w swej dziedzinie. Ale co z tego, że jest sławny, skoro umarł.

To dobra powieść. Dostałam za nią nagrodę.

A czy w "Mikołajku" można szukać wątków autobiograficznych? Może Mikołajek to pani ojciec, a jego matka to pani babka?

- "Mikołajek" to ewidentnie są jego wspomnienia z dzieciństwa. Ze swoją matką był bardzo blisko. Po ślubie przez rok rodzice żyli z nią w jednym mieszkaniu. Pouczała w jidysz synową: "Ty nie wiesz, jak trzeba karmić René". W końcu matka nie wytrzymała i powiedziała słynne zdanie: "Twoja matka albo ja". Ojciec przyznał jej rację i kupił babce mieszkanie - dokładnie piętro niżej. To niewiele zmieniło, ale każdy był u siebie. Babka była mu bliska, bo gdy po śmierci ojca opuścili Argentynę i wyjechali do Stanów, ciężko pracowała, żeby mógł się oddawać swej pasji, którą były komiksy. On nie chciał być lekarzem, adwokatem czy nawet rysownikiem komiksów. Chciał być autorem tekstów do komiksów, a taki zawód wtedy nie istniał.

Babka była przy tym bardzo wykształcona, mówiła wieloma językami. Jej ojciec był rabinem w sztetlu. Wydawszy się za Polaka, mówiła po polsku, jej rodzina mówiła po rosyjsku i w jidysz, we Francji nauczyła się po francusku, w Argentynie - po hiszpańsku, w Nowym Jorku - po angielsku. Gdy ojciec miał jakieś wątpliwości co do francuskiej ortografii, zwracał się do niej.

Źródło: Duży Format
  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    13 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':