Pisałem tutaj kilkakrotnie o fenomenie internetowej łatwowierności - ludzie, którzy powinni się zwrócić po pomoc do lekarza, zamiast tego szukają porad w internecie i wydają fortuny na bezwartościowe terapie od rosyjskich szarlatanów.
Internetowej głupocie często towarzyszy argument zdroworozsądkowy: skoro za normalnymi metodami leczenia stoją wielkie korporacje, to czy możemy im ufać? Albo finansowanym przez nie lekarzom? Nawet u polskiej minister zdrowia można było dopatrzyć się takiej wątpliwości, gdy ogłaszała, że nie kupimy wielkich ilości wyprodukowanych naprędce szczepionek przeciw świńskiej grypie.
Problem polega na tym, że nakręcacze histerii też robią to przecież dla pieniędzy. To nie są bezinteresowni poszukiwacze prawdy, za bezwartościowe urządzenie leczące poprzez zabijanie zarazków prądem elektrycznym (tzw. zapper) zapłacić trzeba w internecie 1518 zł.
Co więcej, za propagowaniem internetowych bredni też potrafi stać wielki kapitał. Przykładem wątpliwa etycznie kampania marketingowa najnowszego filmu katastroficznego Rolanda Emmericha "2012". Koncern
Sony, promując film, starał się podkręcić internetową histerię dotyczącą końca świata rzekomo związanego z końcem kalendarza Majów. Pisałem już w "Gazecie" o różnych powodach, dla których to jest kompletna bzdura. Tutaj wspomnę tylko o jednym: nie wiadomo, jak przeliczać kalendarz Majów na nasz. Zbyt energicznie chrześcijańscy przybysze wyrżnęli cywilizację antychrystów, żeby zachowały się jednoznaczne przeliczniki. Nauka musi to przeliczenie odgadywać, a rozrzut między hipotezami to kilkadziesiąt lat. Być może kalendarz Majów już się skończył?
Nawet kiedy żaden kolos rozrywkowy nie propaguje żadnego filmu katastroficznego, internet jest pełen ludzi bojących się bliskiego końca świata. W polskim internecie do dzisiaj żywe jest wspomnienie pewnego proroka, któremu Duch Święty przepowiedział na 6 listopada 2006 "plagę piwa". Miała ona polegać na tym, że ze wszystkich kranów popłynie wyłącznie piwo. W dodatku wszelkie piwo, nawet takie w butelkach, stanie się nagle mocniejsze - prorok przepowiadał, że Bóg nada mu moc bliską wódczanej, precyzyjnie przepowiedzianą na 37 proc. Groteskowy charakter tego proroctwa sprawił, że błyskawicznie podchwyciły je internetowe fora dyskusyjne grupujące szyderczych sceptyków, ale bardziej serio potraktowano je w religijnych serwisach takich jak nieistniejący już Zbawienie.com. Sprawa niedawnego "cudu" w Sokółce dobrze pokazuje, jak silne jest tkwiące w ludzie marzenie o tym, żeby zdarzyło się Coś Nadprzyrodzonego.
Pseudonaukowy bełkot towarzyszący promowaniu filmu Emmericha wyglądał znacznie bardziej serio od plagi piwa, nic więc dziwnego, że zyskał zwolenników. Powoływali się oni na badania robione przez nieistniejący Instytut Przetrwania Ludzkości, któremu Sony stworzyło fikcyjną stronę internetową.
Dr David Morrison, który prowadzi dla NASA internetowy serwis "Spytaj astrobiologa", przez pewien czas rozważał zawieszenie go, zamiast normalnych pytań zaczął bowiem dostawać dziesiątki ewidentnie sprowokowanych kampanią promującą film. Ludzie z całego świata pytali go więc, dlaczego NASA ukrywa przed ludzkością istnienie planety Nibiru (która w 2012 r. ma się z nami zderzyć) albo w jaki sposób zamiana biegunów magnetycznych wywoła gwałtowny kataklizm. Morrison doszedł jednak do wniosku, że właśnie w tej sytuacji cierpliwa edukacja jest najbardziej potrzebna. W tej chwili więc w jego serwisie znajdziemy specjalne FAQ poświęcone wyłącznie bredniom o apokalipsie 2012.
Morrison ujawnił, że listy piszą do niego głównie młodzi ludzie, często nastoletni, którzy rozważają nawet samobójstwo, aby tylko nie przeżywać koszmaru nieuchronnej katastrofy. W wywiadzie dla telewizji Discovery Morrison powiedział, że jego zdaniem Sony przekroczyło granice etyczne w swojej kampanii promocyjnej. W jej wyniku "dzieci rozważają samobójstwo, a dorośli nie mogą spać po nocach - powiedział - to smutne, że potrzebujemy NASA, by ludziom mówiło, że świat się jeszcze nie kończy".
Z jednej strony uważam, że człowiek powinien mieć prawo do robienia głupich rzeczy. Jeśli ktoś chce wydać 1518 zł do kopania się prądem, to nie możemy mu tego zabraniać. Jednak z drugiej strony, gdy pomyślę o kimś, kto autentycznie się przestraszył apokalipsy w roku 2012, to widzę przede wszystkim człowieka, który padł ofiarą specjalistów od robienia ludziom wody z mózgu.
Nie mam pomysłu na przepisy prawne, które mogłyby ludzi przed tym chronić - zbyt łatwo stąd przecież byłoby do cenzury. Ale może demaskowanie takich podkręcanych marketingowo histerii to rola mediów? W takim razie byłby to bardzo społecznie zaangażowany felieton...