Po raz pierwszy spiskowcy spróbowali przed sześciu dniami. Za późno jednak wyruszyli na miejsce akcji, potem pobłądzili w lesie. Tym razem na rozkaz Józefa Piłsudskiego spotykają się w Wilnie już przed południem. Bojowcy Organizacji Bojowej Polskiej Partii Socjalistycznej otrzymują przed wymarszem brauningi, mauzery z długimi lufami, paczuszki z żywnością i koniak. Dla kurażu. Napad na carski pociąg pocztowy i rabunek przewożonych w nim do Petersburga podatków zebranych przez urzędy skarbowe w Kraju Przywiślańskim to nie przelewki.
Lekcja prochu
Akcję tę Piłsudski przygotowywał od wielu tygodni. Najwięcej kłopotów sprawiał brak gotówki. Trzeba było sfinansować sprowadzenie do Wilna i okolic dwudziestki bojowców i łączniczek, niezbędny był zakup koni i bryczki do odwiezienia zdobytych pieniędzy (Piłsudski spodziewał się, że w pociągu będą przewożone znaczne sumy, a carskie banknoty rublowe miały spore rozmiary). Wreszcie trzeba było nabyć łódź, którą miała umknąć rzeką Wilią część bojowców, unikając carskiej obławy.
Uzbrojeni bojowcy po dwóch, po trzech dojechali z miejsca zbiórki na wileński Antokol. Stamtąd pojedynczo ruszyli piechotą w stronę Bezdan.
Piłsudski wyruszył w ostatniej grupce. Kłopoty zaczęły się już w tramwaju. Aleksander Lutze-Birk był w tej akcji zarazem minerem i sanitariuszem. Gdy w tramwaju usiadł na ławce, długa lufa ukrytego pod kamizelką mauzera zgniotła ukrytą w kieszonce flaszeczkę ze stężonym amoniakiem, który miał posłużyć do zdetonowania bomby. Amoniak wypalił mu w skórze głęboką ranę. Lutze-Birk nie nadawał się do akcji, ale gdy Piłsudski zażądał, by wrócił na kwaterę, odmówił. Był jednak tak osłabiony, że nie miał siły dźwigać mauzera, i oddał broń towarzyszowi z grupy.
Do punktu zbornego obok stacji w Bezdanach 12 spiskowców przymaszerowało na godzinę przed terminem.
Pociąg z Wilna przyjechał punktualnie. Jechali nim wmieszani w tłum pasażerów kolejni czterej bojowcy: Walery Sławek, książę Czesław Świrski, Józef Kobiałka i Jan Fijałkowski. Ci, którzy przybyli z Wilna, czekali rozstawieni na peronie. Gdy tylko pociąg zaczął hamować, trzej bojowcy - Arciszewski, Balaga i Gibalski - ruszyli biegiem wzdłuż wagonu z eskortą żandarmerii. Balaga usiłował wybić okno mocnym kijem, by wrzucić do wnętrza bombę - ale bez skutku. Jeden z żandarmów wyskoczył na platformę wagonu i zaczął strzelać do biegnących po peronie bojowców. Gibalski w biegu strzelał do niego z mauzera. Ranny w nogę żandarm spadł z platformy, ale w ostatniej chwili chwycił się schodków. Pociąg wlókł go po peronie. W końcu Balaga jednak wybił okno w wagonie, przez które Gibalski nawet nie wrzucił, lecz z trudem wepchnął bombę. Potężny wybuch odrzucił biegnącą obok wagonu trójkę bojowców przez cały peron, aż pod płot. Rannego żandarma eksplozja rzuciła pod koła pociągu.
Pierwszy oprzytomniał Gibalski i wrzucił do wagonu drugą bombę. Na podłodze leżał zabity żandarm, trzech innych - zupełnie ogłuszonych - nie stawiało już oporu.
Ranny Lutze-Birk miał wedle planu wysadzić przed lokomotywą tory, ale okazało się to nie takie proste. W końcu wydłubał małą jamkę pod szyną, wepchnął tam dynamit. Zapasowa spłonka jednak nie wybuchła. W końcu Lutze-Birk z mauzera, który koledzy zwrócili mu w Bezdanach, ostrzelał maszynistów w lokomotywie, sterroryzował ich i pod lufą odprowadził do budynku stacji. Tam napastnicy gromadzili wszystkie osoby postronne. Pilnował ich jeden z bojowców, od czasu do czasu strzelając na postrach w sufit.
Gdy Lutze-Birk szalał na torach, do akcji wkroczył Piłsudski. Wraz z Aleksandrem Prystorem i Tomaszem Arciszewskim wdarł się do przedziału pocztowego, lecz eskorta zdążyła zabarykadować się za pancernymi drzwiami. Napastnicy nie mieli już materiałów wybuchowych, ale Piłsudski nie stracił głowy. Zagroził, że policzy do dziesięciu i detonuje bombę. Gdy doliczył do ośmiu, konwojenci otworzyli drzwi.
Piłsudski, Prystor i Arciszewski przeszukali przesyłki w drewnianych skrzynkach i skórzanych sakwach. Czasem trafiali na banknoty, czasem na złote monety, czasem na weksle. W kopercie z napisem: "połtora miliona rublej" Piłsudski znalazł dwa banknoty pięćsetrublowe i imienne, niestety, weksle na tę gigantyczną kwotę. Bezużyteczne, bo niemożliwe do zrealizowania.
Nie obyło się bez farsy. Carski pocztmistrz - Polak Józef Majewski - prosił napastników: "Panowie, bierzcie wszystko, tylko błagam, odkładajcie koperty ma miejsce, nie róbcie bałaganu!".
W drugim wagonie, tak zwanym pakunkowym, zabarykadowali się konduktorzy. Niezmordowany Lutze-Birk, sycząc z bólu, wysadził drzwi, a potem przyspawaną do podłogi skrzynię. W środku bojowcy znajdowali w kopertach sumy niezbyt wielkie - po kilkaset, kilka tysięcy rubli. W ostatniej chwili, już wycofując się, zauważyli w kłębach dymu stos złotych monet na podłodze. Podczas wycofywania się Gibalski chwycił jeszcze worek ze srebrnym bilonem - wbrew instrukcjom Piłsudskiego, gdyż drobna srebrna moneta nie była wiele warta, a ważyła bardzo dużo.
Tuż przed północą bojowcy wycofali się z łupem bez strat. Część z nich odpłynęła łodzią, niektórzy ukryli się po okolicznych dworach, paru pojechało dalej napadniętym pociągiem. Bryczką ze zdobytymi pieniędzmi odjechali: łączniczka Aleksandra Szczerbińska, Piłsudski i jeszcze jeden z bojowców.
Straty pojawiły się później. Policja aresztowała jednego z uczestników napadu i dzięki jego zeznaniom pochwyciła kolejnych czworo bojowców. Dwaj zostali skazani na śmierć (zamienioną na dożywocie), dwoje innych na dożywotnią katorgę. Zostali uwolnieni w czasie rosyjskiej rewolucji 1917 r.
Pieniądze ocalały. Aleksandra Szczerbińska przemyciła papierowe banknoty do Galicji. Prystor spieniężył zdobyte bezpieczne papiery wartościowe w Kijowie. W końcu ponad dwa miesiące po akcji pod Bezdanami Szczerbińska powróciła po zakopany niedaleko Bezdan worek srebrnych monet i także dostarczyła go do Galicji.
Do dziś ostateczna kwota, jaką zdobyli bojowcy Piłsudskiego pod Bezdanami, jest kwestią sporną. Ale nawet najniższy szacunek - ponad 200 tys. rubli - to suma poważna.
Akcja powiodła się tylko dzięki szczęściu dopisującemu spiskowcom i ich determinacji. Największą ułomnością tej ekspropriacji była słabość dowodzenia. W spisanej r. później relacji o akcji pod Bezdanami Piłsudski stwierdził: "Nie byłem wyraźnie wyznaczonym dowódcą. Wskutek tego np. nie chciałem wchodzić w rozmowy co do roli, jaką poszczególni ludzie odgrywać będą [...] Oczekiwałem, że z ich strony propozycja ta wyjdzie...".
To dość szokujące wyznanie dowódcy akcji bojowej nie było jednak tak absurdalne, jak na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać. W czasie rewolucji 1905 r. Piłsudski planował i organizował szkolenie i działalność bojówek PPS, jednak w bezpośredniej walce nie brał udziału. Od dawna był zwierzchnikiem wszystkich bojowców, którzy wzięli udział w akcji pod Bezdanami, ale zdaje się, że zbyt wielkiego autorytetu u nich nie miał.
Brak bojowego doświadczenia Piłsudskiego objawił się w detalach. Choć starał się, jak mógł, choć osobiście, starannie rozpoznał teren akcji, nie przewidział, że biegnący obok jadącego wagonu bojowiec nie będzie miał siły, by wybić szybę, nie zastanowił się, jakim cudem jeden spiskowiec miałby w kilkanaście sekund zakopać bombę pod szyną kolejową.