- Gdy byłem w pana wieku, nie wierzyłem, że ten cholerny mur może runąć. Gdy to się stało, najbardziej żałowałem, że mnie przy tym nie było - mówi 50-letni Markus Erlermann z Kolonii. Do Berlina Zachodniego jeździł do rodzeństwa, które studiowało na berlińskim Wolnym Uniwersytecie. - Jeździłem do nich
samochodem, tranzytem przez NRD. Pamiętam, że gdy przy wjeździe do Berlina Zachodniego enerdowski pogranicznik zabrał mi paszport i zniknął w swoim baraku, o mało nie zemdlałem ze strachu. Mur wydawał mi się wówczas nienaruszalny, podobnie myślał brat z siostrą. 9 listopada wieczorem byłem zupełnie zaskoczony - opisuje.
Rozmawiamy koło Bramy Brandenburskiej. Obok nas rozpościera się niekończący się rząd kolorowych kostek domina. Wczoraj wieczorem runęły jedna po drugiej, gdy pierwsze kostki wywrócili
Lech Wałęsa, szef europarlamentu Jerzy Buzek, przewodniczący Komisji Europejskiej José Manuel Barroso i były węgierski premier Miklos Nemeth.
Domino, na razie ogrodzone prowizorycznym płotem i pilnowane przez tłum ochroniarzy, robiło niesamowite wrażenie. Na każdej kostce widniał bowiem inny malunek. Kostki ozdabiali uczniowie szkół z Berlina i całej Europy (także Polacy), członkowie stowarzyszeń oraz pracownicy berlińskich przedsiębiorstw, a nawet żołnierze Bundeswehry. Przewija się w nich motyw jedności Niemiec, na innych mowa jest o zjednoczonej Europie i pokoju. Na kilku widać też polskie motywy - na jednej namalowano np.
Jana Pawła II spoglądającego na mur.
Berlin w minionym tygodniu dosłownie oszalał na punkcie swojej najnowszej historii. Wczoraj nawet prognozy pogody zaczynały się od przypomnienia, jaka aura towarzyszyła tym wydarzeniom. Gazety wznawiają swoje wydania z 9 i 10 listopada 1989. Telewizje na okrągło przypominają dramatyczne wydarzenia z 13 sierpnia 1961 r., gdy mur wznoszono. Mówią też o tym, co działo się, zanim mur upadł: o wielkich demonstracjach w Lipsku i Berlinie, wizycie Gorbaczowa, odsunięciu od władzy w NRD Honeckera i w końcu o słynnej konferencji prasowej rzecznika SED Günthera Schabowskiego, który wieczorem 9 listopada nieopatrznie ogłosił, że obywatele NRD mogą swobodnie przekraczać granicę. Kilka godzin później mur runął.
Wśród samych Niemców entuzjazm jest tak duży, że zagłuszył byłych funkcjonariuszy enerdowskiego aparatu i Stasi, którzy zwykle w okolicach rocznicy publicznie wychwalali NRD jako państwo prawdziwej sprawiedliwości społecznej, a budowę muru usprawiedliwiali koniecznością ochrony przed amerykańskim imperializmem.
Wielkie zainteresowanie Niemców trochę dziwi, bo do tej pory mur był w Berlinie traktowany jako coś wstydliwego. W śródmieściu już dawno uprzątnięto jego ślady. By zobaczyć resztki muru, trzeba jechać na peryferia. Przy okazji wyszło jednak na jaw, że wiedza o przeszłości jest dość płytka. Szczególnie młodzież nie ma pojęcia o tym, jak wielkim państwem bezprawia było NRD. Złowrogie skróty takie jak Stasi czy SED nie robią na nich wrażenia.
Berlin dosłownie najechali turyści i dziennikarze. Takiej liczby wozów transmisyjnych nie było tutaj nawet podczas wrześniowych wyborów do Bundestagu. Dawno też nie widziano tak długich sznurów turystycznych autobusów. Kursują między dawnym przejściem granicznym w środku miasta Checkpoint Charlie a muzeum muru na Bernauer Strasse i East Side Gallery, czyli najdłuższym, bo prawie dwukilometrowym, zachowanym fragmentem muru.