11 września 1989 r. przyjechałem do stolicy, gdzie nie miałem
mieszkania. Ministerstwo wstawiło mi łóżko do salonu na piętrze w dawnym pałacu Przeździeckich przy ul. Foksal. Wchodzę do budynku, dzwoni telefon - na linii jest Hans-Dietrich Genscher, wicekanclerz i minister spraw zagranicznych RFN. Rozmawiamy po niemiecku. Genscher porusza sprawę uchodźców z NRD na terenie Polski, którzy nie chcą wracać do swego kraju. Zapowiada wysłanie do Warszawy w tej sprawie wysokiego urzędnika. Moja współpraca z Genscherem układała się generalnie bardzo dobrze. Dziś jesteśmy zaprzyjaźnieni.
- Premier dążył do pełnego porozumienia z Niemcami. 9 listopada 1989 r. kanclerz Kohl z dużą delegacją przyjechał do Polski. Tego wieczora NRD otworzyła swe granice, łącznie z murem berlińskim. To było wielkie wydarzenie. Bez zjednoczenia Niemiec i odzyskania niepodległości przez państwa bloku sowieckiego nie byłoby jedności Europy.
Byłem wielkim zwolennikiem pojednania z Niemcami i otwarcia się na nie. Zdarzały się różne opory, pojawiała się nieufność. Wieloletnia propaganda PRL-u zrobiła swoje. Żyli jeszcze ludzie, którzy pamiętali wojnę i zbrodnie Niemców, były obawy, że nam coś zabiorą na zachodzie*.
*Fragment rozmowy Małgorzaty Bos-Karczewskiej, drukowanej w "Gazecie" 11 września br.