Krystyna Naszkowska: Był pan w Berlinie, gdy tłum sforsował mur. Pamięta pan tę noc 9 listopada? Wojciech Wieczorek: O tak, to była szalona noc. Przedtem do ambasady zgłosił się ktoś z policji zachodnioniemieckiej, że na ulice może wyjść z milion osób, więc nie wiadomo, co się będzie działo. Nasza ambasada była na głównej ulicy Berlina Unter der Linden, tuż obok radzieckiej i węgierskiej.
Zadzwoniłem do Warszawy i przekazałem ostrzeżenie, że trzeba być przygotowanym na zamieszki. Warszawa błyskawicznie przysłała nam dwóch mocno barczystych dodatkowych ludzi do pilnowania ambasady.
Przestraszył się pan zamieszek? - Mur się zawalił ni z tego, ni z owego. Mogło dojść do masakry, gdyby otworzono ogień do ludzi, którzy go forsowali. Albo można się było z tym pogodzić i tych ludzi puścić. Na szczęście wygrał drugi wariant i zamiast masakry mieliśmy na ulicach wielki piknik. Sprzedawcy piwa i kiełbasek zbili fortunę.
Przed ambasadą ustawili się jacyś
Niemcy z polską flagą, o którą wcześniej nas poprosili. To był gest przyjaźni. Ulica była zapchana ludźmi, głowa przy głowie, ale w ludziach była radość, a nie agresja. Wybito szybę w ambasadzie węgierskiej, ale to z powodu tego ścisku.
A czy z Warszawy dostał pan jakiś sygnał, że nasz rząd obawia się zjednoczenia Niemiec - że Niemcy staną się zbyt silne? - Dawna opozycja, która przecież tworzyła rząd Mazowieckiego, uważała, że zjednoczenie Niemiec leży w naszym interesie, bo przybliża zachodnią granicę do Polski. Nie docierały do mnie żadne sygnały, że rząd boi się umocnienia Niemiec. Była w Warszawie jakaś narada nad wydaniem oświadczenia. I wtedy Mieczysław Pszon, pełnomocnik rządu Mazowieckiego do kontaktów ze stroną niemiecką, podobno powiedział: dajcie spokój, ludzie stoją już na murze, co się będziemy wygłupiać.
Potem była słynna konferencja "2 plus 4" z udziałem obu państw niemieckich i czterech mocarstw:
USA, Wielkiej Brytanii, Francji i ZSRR. W części dotyczącej granic nowego państwa brał udział nasz minister spraw zagranicznych Krzysztof Skubiszewski.
Ustalono, że zjednoczone Niemcy będą się składały z byłej Republiki Federalnej, byłej NRD i całego Berlina. Z tego wynikało, że granica polsko-niemiecka się nie zmieni. Jednocześnie kanclerz Helmut Kohl na spotkaniu z przesiedleńcami oświadczył im, że nie będzie żadnego przesuwania granic. Sprawy dla nas zasadnicze zostały więc rozstrzygnięte po naszej myśli. To było ważne, bo wiem z bezpośrednich spotkań ze stroną niemiecką, że nadzieje na zmianę granic w momencie zjednoczenia odżyły bardzo.