http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wybory władz UE: Polska chce castingu

Jacek Pawlicki, Tomasz Bielecki, Bruksela
2009-11-10, ostatnia aktualizacja 2009-11-09 20:15

Przyszły prezydent UE oraz szef unijnej dyplomacji powinni przed wyborem przedstawić pomysł na sprawowanie swych urzędów - domaga się Polska. To rękawica rzucona dużym krajom UE.

Budynek europarlamentu
Fot. ANDREAS PECHAR AP
Budynek europarlamentu
SERWISY
Jak dowiaduje się "Gazeta", Polska kilka dni przed kluczowym szczytem Unii rzuciła wczoraj na stół dokument w sprawie obsady najważniejszych stanowisk w Europie, które tworzy traktat z Lizbony - prezydenta Rady Europejskiej (rady szefów krajów UE) oraz wysokiego przedstawiciela ds. polityki zagranicznej (szefa dyplomacji). Polscy dyplomaci chcą, aby nominacje poprzedziły przesłuchania na forum Rady.

Obecnie jako faworyt na prezydenta UE wymieniany jest belgijski premier Herman Van Rumpoy, a na szefa dyplomacji - brytyjski minister spraw zagranicznych David Miliband oraz były włoski premier Massimo D'Alema. Sęk w tym, że ich nazwiska to efekt konsultacji wyłącznie najsilniejszych stolic UE, bo formalne rozmowy jeszcze się nawet nie rozpoczęły oraz nie opracowano procedury wyboru.

Pierwsze skrzypce grają obecnie Szwedzi, którzy przewodniczą teraz UE, oraz duże kraje - Niemcy, Francja i Wlk. Brytania. Im mniej jasna i bardziej zawoalowana procedura wyboru, tym większa szansa, że wygrają kandydaci popierani właśnie przez ten unijny triumwirat. I że Polska oraz mniejsze kraje Unii będą musiały zgodzić się na kogoś uzgodnionego wcześniej w węższym gronie.

Tradycyjna metoda "konfesjonału", w którym gospodarz szczytu Fredrik Reinfeldt wypytuje po kolei wszystkich kandydatów, może się nie sprawdzić. W odróżnieniu od negocjacji traktatowych czy finansowych tym razem chodzi bowiem o zupełnie nowe urzędy, których kompetencje nie są do końca określone. I tak naprawdę ich przyszły kształt będzie zależeć od osobowości i politycznej wagi wybranych. Polska chce, by przewodniczący był mediatorem i "porządkowym", a szef dyplomacji - silną osobowością, politykiem wagi ciężkiej, tak by mógł stać się twarzą UE na świecie.

Dlatego też polski MSZ w swoim dokumencie (o statusie non paper - nieformalnej propozycji) proponuje, by wybór prezydenta Rady Europejskiej i wysokiego przedstawiciela ds. polityki zagranicznej był maksymalnie przejrzysty i demokratyczny. Chcemy, by został poprzedzony dyskusją na szczeblu przywódców 27 krajów, w czasie której wyłonieni wcześniej kandydaci przedstawiliby swą wizję sprawowania urzędu. Przy okazji wyboru szefa unijnej dyplomacji w dyskusji mieliby brać udział premierzy, prezydenci i szefowie MSZ.

Traktat lizboński nakazuje wybór prezydenta UE oraz szefa dyplomacji większością kwalifikowaną, co według zasad obowiązujących do 2014 r. oznacza, że musi ich poprzeć dwie trzecie Rady. Teoretycznie Polska w koalicji z dziewięcioma innymi nowymi krajami UE mogłaby więc zablokować ich wybór. - Polska propozycja bardzo nam się podoba - mówi dyplomata jednego z państw bałtyckich.

Nowe kraje UE z rosnącym rozgoryczeniem patrzą na poszukiwania kandydatów tylko w starej Europie. Dlatego część z nich zaczęła wczoraj forsować na szefa dyplomacji UE byłego rumuńskiego ministra spraw zagranicznych Adriana Severina. Severin kierował w przeszłości pracami Zgromadzenia Parlamentarnego OBWE, a obecnie jest wiceszefem frakcji socjalistów w Parlamencie Europejskim. A to właśnie z tej rodziny politycznej - zgodnie z niepisaną umową w UE - powinien wywodzić się przyszły szef europejskiego MSZ.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 7 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    13 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':