Politycy przekonywali, że dwudniowe głosowanie jest za drogie - dzień wyborów prezydenckich kosztuje 50 mln zł. "Kto chce głosować, to w niedzielę zawsze znajdzie czas" - mówił poseł Kłopotek z
PSL.
Niska frekwencja to choroba polskiej demokracji. O zmianę ordynacji zabiegała koalicja organizacji pozarządowych (w tym m.in. Fundacja Batorego), które przekonują, że wielu Polaków w niedzielę głosować nie może. Referendum o wejściu do UE z 2003 r. pokazało, że dwa dni głosowania wyraźnie frekwencję podnoszą. Dzięki temu weszliśmy do Unii!
Urzędnicy Państwowej Komisji Wyborczej straszą, że przez noc pomiędzy dwoma dniami wyborów coś się stanie z urnami - ktoś je ukradnie, zniszczy albo sfałszuje wyniki. W euroreferendum żadnych nadużyć nie było.
Politykom może oczywiście odpowiadać sytuacja, w której - jak dziś w Polsce - tylko co drugi wyborca głosuje. Zarówno
PiS, PSL, jak i
SLD zyskują na niskiej frekwencji, bo wszystkie te partie mają stały elektorat. Zyskują też poczucie bezpieczeństwa. Sytuacja, w której więcej obywateli pójdzie do wyborów, stałaby się mniej przewidywalna: co będzie, jeśli wyborcy nieoczekiwanie wprowadzą do Sejmu jakąś nową partię?
Blokując dwudniowe wybory, politycy zyskują. Demokracja traci.
PS Jakby tego było mało, w czwartek na posiedzeniu komisji sejmowej posłowie odrzucili projekt poprawki pozwalającej na odróżnienie działalności edukacyjnej i informacyjnej od agitacji wyborczej (zgłoszonej przez PO i popieranej przez organizacje pozarządowe). Oznacza to kłopot dla przedsięwzięć edukacyjnych - takich jak znana od 1995 r. akcja "Młodzi głosują", w której setki tysięcy uczniów gimnazjów i liceów organizują w szkole wybory na wzór "dorosłych". Dziś każdemu dyrektorowi, który zezwala na taką akcję, można zarzucić... przedwyborczą agitację! Tak politycy troszczą się o edukację obywatelską przyszłych wyborców.