W 200. rocznicę rewolucji francuskiej 1789 r., w "roku cudów", dokonała się enerdowska "rewolucja obywateli", zwana pokojową lub protestancką. Przyszła niepostrzeżenie; nie w glorii, jak uosabiająca wolność kobieta na obrazie Delacroix, ze sztandarem rewolucji w jednej i karabinem w drugiej ręce - lecz w ciszy, z płonącymi świecami.
Pastor Erich Busse, organizator nabożeństw pokojowych jesienią 1989 r., wspominał po latach: "Nauczyłem się w Polsce, że silny jest nie ten, kto ma broń, ale ten, kto ma w sercu nadzieję".
Zastygły beton
Nieoczekiwane skutki enerdowskiej aksamitnej rewolucji - obalenie 9 listopada 1989 r. muru berlińskiego i rok później zjednoczenie Niemiec - każą zapytać o źródła i specyfikę upadku NRD oraz miejsce tego wydarzenia w dziejach Niemiec i Europy. Jak doszło do tego, że ten militarny bastion ZSRR, "zachodnia forpoczta socjalizmu" - gdzie wedle Anastasa Mikojana, jednego z radzieckich przywódców, miało się "rozstrzygnąć, że marksizm-leninizm jest lepszą, wyższą formą porządku społecznego" - tak banalnie stał się masą upadłościową historii.
Zadrutowanego miasta i państwa strzegła do końca głucha na zewnętrzne zmiany uprzywilejowana kasta. Jej zaślepienie legło u podstaw własnego unicestwienia. Dokładnie tak samo zachowywała się władza we Francji w 1789 r. Alexisowi de Tocqueville'owi zawdzięczamy opis sytuacji w przedrewolucyjnym Paryżu: "ludzie najbardziej zainteresowani w utrzymaniu dawnego ustroju nie zdawali sobie z niczego sprawy - żadne drgnienie, żaden szelest nie ostrzegł ich o osuwaniu się starego gmachu".
Jeszcze 19 stycznia 1989 r. przywódca NRD Erich Honecker obwieszczał, że mur będzie stał sto lat. Krótko przed jego upadkiem zapewniał dwuwierszem: "Choćby tak chciały osły i dranie/ socjalizm w biegu swym nie ustanie" (przekład Andrzeja Kopackiego). W budżecie państwa na rok 1989 przeznaczono 1,221 mld marek na konserwację muru i granicy wewnątrzniemieckiej. Nowy projekt "High-Tech-Mauer 2000" przewidywał zastosowanie najnowszego elektronicznego systemu ostrzegania. Perspektywiczny plan zabezpieczenia muru miał być wizytówką partii, by przejścia graniczne "lepiej współgrały z ogólnym obrazem rosnącej atrakcyjności socjalistycznej NRD".
Kiedy inne tzw. demokracje ludowe dokonywały pod naporem opozycji ograniczonych reform, Berlin wschodni trwał niewzruszenie w wierze, że uda się wypracować wzór "wszechstronnie wykształconej osobowości socjalistycznej". Gerontokracja komunistycznej partii SED pozostała odporna na wyzwania niespokojnych czasów, niewzruszona wobec nawoływań do reform ze strony Michaiła Gorbaczowa, który uczestniczył 7 października 1989 r. w obchodach 40. urodzin NRD. Dawał on do zrozumienia towarzyszom z SED, że dobiegł końca czas, kiedy kierunek NRD wyznaczała Moskwa. "Próby ujednolicenia i standaryzacji w kwestiach społecznego rozwoju" to przeszłość, wybór jego form "jest suwerenną sprawą każdego narodu" - powiedział gazecie "Neues Deutschland", organowi SED.
Kiedy podczas uroczystej parady w stolicy NRD słychać było okrzyki demonstrantów, Mieczysław F. Rakowski zwrócił się do stojącego obok Gorbaczowa: "Michaile Siergiejewiczu, rozumiecie, co oni krzyczą? To koniec". Gorbaczow przytaknął.
Do Berlina wschodniego nie docierały też słowa węgierskiego premiera Miklósa Németha, który otwierając 10 września granice dla uciekinierów z NRD, mówił: "Jeśli naprawdę chce się budować dom europejski, o którym mówił Michaił Gorbaczow, nie można zamykać granic. W takim domu nie może być pokoi odgrodzonych od siebie drutem kolczastym".
Żadnymi zmianami nie była zainteresowana lokalna kadra partyjna.
Rolf Wehrhold, przeniesiony w 1986 r. z Komitetu Centralnego SED na stanowisko I sekretarza miasta Sömmerda k. Erfurtu, był typowym funkcjonariuszem zainteresowanym jedynie utrzymaniem wszystkimi dostępnymi środkami status quo. Gdy wokół pryskały iluzje, że system jest reformowalny, a na ulicach wschodnioniemieckich miast demonstranci upominali się o uszanowanie godności człowieka, partyjny aparatczyk z prowincji wyrażał przekonanie, że "NRD pozostanie jedynym krajem w Europie, który realizować będzie konkretny, jasny kurs". Pod koniec gorącego lata wołał do towarzyszy: "My potrzebujemy partii walczącej". Dla tych, którzy "tego nie chcą lub staną się wrogami", miał jedno słowo: raus. Bardziej niż wrogów zewnętrznych bał się "renegatów" we własnych szeregach. Jeszcze 4 października zapewniał, że "rozpracuje wrogów pokoju i postępu" i że "socjalizmu nikt nie zatrzyma".
Teraz wybiła nasza godzina
Upadek NRD stał się wielkim wyzwaniem dla historyków, analityków, głównych aktorów i świadków wydarzeń. Jak doszło do tego, że monstrualny aparat bezpieczeństwa, reżim funkcjonujący pod okiem stacjonującej tu 400-tysięcznej Armii Radzieckiej rozpadł się w ciągu kilku dni pod naporem pokojowo demonstrujących obywateli?
Decydujący okazał się zbieg wielu czynników. Kryzys systemu i gospodarki, skrywany przed opinią publiczną, trwał od dawna. Pod koniec lat 80. NRD była niemal niewypłacalna. Zewnętrznym wyrazem rozchodzenia się dróg państwa i społeczeństwa był latem 1989 r. masowy exodus do RFN, "kraju terrorystów"; ostatni dzwonek alarmowy, by zmienić kurs. Partia miała jednak wszystko do stracenia. Toteż nadal kwitł aparatczykowski żargon, jedyna forma komunikowania się ze społeczeństwem i światem zewnętrznym.
Wolf Biermann, poeta i pieśniarz skazany w 1976 r. na banicję, krótko komentował hipokryzję funkcjonariuszy partyjnych, chętnie opowiadających antyradzieckie dowcipy: "Wieczorem rzygają nienawiścią do Rosjan, zwracając to, co w ciągu dnia musieli zeżreć we frazesach o przyjaźni".
Naszym zachodnim sąsiadom brakowało tego czynnika kultury politycznej, który stanowił ważny element mobilizacji mas w Polsce i pozostałych krajach bloku wschodniego - narodowej solidarności. Integracji nie mogła sprzyjać tradycja ogólnoniemiecka. Mało nadawała się do tego również ideologia socjalizmu. Nie było tu dobrej gleby dla opozycji. Obywateli NRD dyscyplinowało dziedzictwo pruskiego etatyzmu i paternalizmu, a pamięć represji po protestach robotniczych w 1953 r. tłumaczy brak obywatelskiej niepokory. Brakowało forum dla debaty i testowania alternatywnych dla państwa idei. Jedynym przyczółkiem w tym ateistycznym społeczeństwie okazały się kościoły ewangelickie, gdzie schronienie znalazły ekologiczne i pacyfistyczne subkultury.
Trudno o wskazanie przełomowego momentu, w którym ludzie między Łabą i Odrą przestali się bać i kiedy obywatelską pełnoletność uzyskała społeczność, którą Biermann definiował jako "utrzymywane w niepełnoletności dzieci domu wychowawczego za drutami". Ci, którzy dotąd nie odwrócili się od państwa, a nie godzili się na życie w kłamstwie, przychodzili na nabożeństwa pokojowe do kościoła Mikołaja w Lipsku.
Tradycja ruchów pokojowych w Saksonii jest długa. Już w 1982 r. atomowe dozbrojenie w Europie wywołało debatę i protesty. Hasłem dla nabożeństw i spotkań intelektualistów był m.in. "pokój dla środowiska", "dla Trzeciego Świata", "dla społeczeństwa". Ks. Christoph Wonneberger, który od 1986 r. koordynował nabożeństwa pokojowe, mówił, że pełniły one funkcję łącznika między życiem prywatnym i publicznym. Wychodziły poza sferę teologiczną, szukając powiązań z aktualnym życiem politycznym. Z inicjatywy ks. Christiana Führera Nikolaikirche został "otwarty dla wszystkich". Wraz z modlitwą, kazaniem, błogosławieństwem tworzyło się nowe forum, suwerenna wspólnota myśli.
Tu, w centrum miasta fabryk i międzynarodowych targów, spotkało się 15 stycznia 1989 r. około 500 osób. Członkowie Inicjatywy Demokratycznej Odnowy Społeczeństwa rozrzucali ulotki, w których domagali się wolności słowa i zgromadzeń. Podczas wyborów komunalnych 7 maja opozycyjne grupy wykazały po raz pierwszy, że wyniki są fałszowane. Przeciw "feudalnemu socjalizmowi" kierował się protest gromadzących się w ewangelickim kościele Getsemani w Berlinie-Pankow artystów i pisarzy. Napis u wejścia do świątyni: "Czuwajcie i módlcie się", był jednocześnie apelem do społeczeństwa, by zaczęło mówić własnym głosem i otworzyło się na dialog.
Mimo obaw przed "chińskim rozwiązaniem" miesiąc między 9 października a 9 listopada 1989 r. wypełniły demonstracje (tajna policja Stasi naliczyła ich 130), które zmieniły oblicze Niemiec. Opozycja rodziła się w marszu. Ruch wychodził z kościołów na ulice, tężał i przybierał na sile: 9 października w Lipsku na ulice wyszło 70 tys. ludzi, a 23 października - 250 tys. 4 listopada w Berlinie na Alexanderplatz zgromadził się ponadpółmilionowy tłum.
Źródło: Gazeta Wyborcza