Były włoski premier Massimo D'Alema uchodzi za jednego z głównych kandydatów na szefa unijnego
MSZ, które zostanie stworzone po 1 grudnia na mocy traktatu lizbońskiego. D'Alema ma za sobą przeszłość we włoskich ugrupowaniach eurokomunistycznych i szefował kiedyś komunistycznemu dziennikowi "L'Unita".
Byli włoscy komuniści, którzy otwarcie zerwali z radziecką interpretacją marksizmu już na początku lat 70., wspólnie z dużą częścią chadeków stanowią dziś zrąb demokratycznej centrolewicy we Włoszech. Mimo to m.in. polscy dyplomaci w Brukseli zaczęli ostatnio wypominać D'Alemie dawne powiązania polityczne jako przeszkodę w wyścigu o najwyższe urzędy w UE. - Tak, doszły nas już słuchy, że byłby to ponoć problem dla wszystkich krajów byłego bloku radzieckiego - mówi jeden z włoskich dyplomatów.
Część nowych krajów członkowskich UE rozpoczęła kampanię przeciw dość powszechnemu w Brukseli poglądowi, że skoro szefem Parlamentu Europejskiego jest Polak, to stare kraje członkowskie mają wyłączność na pulę pozostałych najważniejszych stanowisk w Unii.
Wczoraj na brak sprawiedliwej reprezentacji nowej Europy na szczytach UE narzekał w Brukseli estoński prezydent Toomas Ilves, który jest także wymieniany wśród wielu kandydatów na prezydenta UE i szefa unijnej dyplomacji. - Zgadzam się, że obecnie nominacje na najwyższe stanowiska nie oddają geograficznej rzeczywistości UE składającej się z 27 krajów. Trzeba to zmienić - potakiwał Ilvesowi szef europarlamentu Jerzy Buzek.