Stoją niemal w każdej osiedlowej piwiarni, przydworcowym barze, stacji benzynowej. Są w warzywniaku albo w sklepie z cementem i gwoździami - tak jak w Dobrej (Wielkopolska). Właściciel sklepu wstawił automat, bo klientom stojącym w kolejce po towar czy fakturę się nudziło. Stracić, nie straci. Co miesiąc dostaje stałą sumę tylko za to, że zgodził się na tę maszynę. Zresztą nie tylko on. W malutkiej Dobrej automatów jest już pięć. Rok temu nie było żadnego.
***
Paweł, student, 24 lata. - Właściwie to nie gram - zaprzecza oczywistym faktom i wrzuca do "jednorękiego bandyty" kolejną monetę. - A dziś? Piątek jest. Z kolegami się zrobi jakieś piwko, to można zaryzykować. Ale maksymalnie 5-10 zł. Absolutnie nie więcej.
Jak na weekendowego gracza idzie mu nieźle. Szybko wybiera grę: amerykański poker. Nawet nie musi wybierać kart, które chce zostawić po pierwszym rozdaniu. Maszyna sama zaznacza, z czym powinien zostać w ręku. Teraz wystarczy tylko raz za razem naciskać guzik. Sekunda po sekundzie. A że gra na najniższej stawce (20 groszy), ma złudne poczucie, że traci niewiele. Choć to złotówka mniej w każde 10 sekund.
- Spróbujemy na "owocach" - mówi zły. - Najlepsze trzy śliwki, bo najwięcej można ugrać. Na trzy cytrynki też się zresztą nie obrażę, każda linia coś tam daje.
Kredytów rzeczywiście przybywa. Paweł ma ich już 100. Gdyby nacisnął guzik "wypłata", maszyna wyplułaby 10 zł. Byłby pięć do przodu. Ale on nie chce. Szczęście się odwraca i po chwili jest po grze.
- Generalnie i tak jestem do przodu - pociesza się Paweł. - Ostatnio za dychę wygrałem 80 zł. Było na taksówkę na dyskotekę i z powrotem. Jaki tam hazard. Rozryweczka z kumplami i tyle.
***
Jeszcze cztery lata temu w Łódzkiem było ok. 450 automatów. Dziś - ponad 3 tys. W całej Polsce - ok. 50 tys. I z każdym dniem ich przybywa. Urząd Statystyczny nie ma w PKD (Polska Klasyfikacja Działalności) czegoś takiego jak "automaty do niskich wygranych". Jak ktoś marzy, by u niego stały, otwiera punkt ksero albo minikawiarnię - jeden stolik, kawa z termosu, a obok trzy maszyny. I biznes się kręci.
***
Janek, 43 lata, hydraulik. Czy mógłby mi wyjaśnić, na czym ta gra polega? Widzi w moich rękach nowiutkie pięciozłotówki. Zgadza się bez słowa. Od razu udziela pierwszej lekcji: nowych piątek maszyna nie przyjmie. - Trzeba otrzeć o podłogę lub boczną ściankę - instruuje.
- No graj. Tylko uważaj, bo to wciąga, cholernie wciąga. Nigdy nie grałeś? Zobaczysz, że wygrasz, jak świeżak jesteś! - sadowi się na stołeczku obok mnie.
Tłumaczy mi stawki, możliwość ich podnoszenia, dodatkowe losowania "ryzyka" - czarna lub czerwona karta pozwala zwiększyć wygraną. Naciskam guzik, niewiele z tego rozumiejąc. Janek co rusz zmienia
gry. Przelewa pieniądze z "kredytu" do "banku" i z powrotem. Efekt? Za chwilę każe mi wrzucić drugą piątkę.
- Jeszcze niedawno, na automatach starego typu można było robić różne numery. Jak wrzutnik nie miał takiej zapadki, wystarczyło "wędkować". Na kroplę kleju żyłkę do "piątki" przyklejałeś i nabijałeś sobie mnóstwo kredytów - opowiada. - Tyle że jednego gdzieś w Pabianicach na tym dorwali. Jego pobili, maszyny poprawili. Numer już nie przejdzie. Dobry był też numer na euro. Czeskie maszyny kilku firm przyjmowały 1 euro jako 5 złotych. Co się działo jak euro było po trzy
złote! Wtajemniczeni wrzucali 100 monet, zagrali raz i naciskali "wypłatę". Automat wypluwał same "piątki". Prawie sto procent zysku bez ryzyka. No, ale pokapowali się, jak uzupełniali monety. E... Wrzuć trzecią piątkę.
Wreszcie maszyna wypluła mi 360 zł. Można zgłupieć...
- No widzisz! - ekscytuje się hydraulik. - Widzisz! Obserwuj, jak ja. Pijany siedzi dwie godziny, włożył do szpary 50 zł, potem 100. I nic. Jak tylko głupek odejdzie, siadaj i graj. Automat musi w końcu coś dać!
Daję Jankowi cztery piątki. Resztę wymieniam na banknoty. Wychodzę.
***
Maszyna musi wypłacać, inaczej nikt by nie grał.
Ministerstwo Finansów szacuje, że z blisko 6 mld zł, które Polacy wrzucili do maszyn w pierwszej połowie tego roku, ponad 4 mld wracają do ich kieszeni. Reszta to zysk właścicieli pomniejszony o koszty koncesji, prądu, opłat za maszynę, podatku VAT, dochodowego, wypłat dla serwisantów, księgowych itp.
***
- Mówisz, że wygrałeś? Miałeś szczęście i tyle. Choć rzeczywiście coś w tym jest, że jak ktoś pierwszy, to coś tam wygra - zaprzyjaźniony barman przeciera szybę nowo wstawionej maszyny. Wczoraj jeden z klientów przegrał w ciągu dwóch godzin 1400 zł.
- Wściekły był. Uderzył ręką w szybę. Pękła na kawałeczki - tłumaczy. - Problem? Gdzie tam. Serwis natychmiast ją wymienił.
Każdy lokal obrósł już hazardowymi legendami i nieszczęściami. Na Dąbrowie 30-letniego chłopaka wszyscy znajomi omijają szerokim łukiem - od każdego chce pożyczyć choć 5 zł na grę. W knajpce w centrum Łodzi jeden z pracowników pewnego
radia grał pierwszy raz. Z nudów. Tak go to wciągnęło, że przez 10 godzin przegrał 8 tys. zł. Tylko przez pierwsze dwie grał za swoje. Potem poszedł do domu po kartę bankomatową żony. Wypłacił wszystkie oszczędności.
- Najgorszy był jeden strażak emeryt - opowiada barman, a ja wrzucam pieniądze wygrane z Jankiem. - Co myśmy z nim mieli. Adrenalina po każdej wygranej tak mu skakała. Zgłupiał na punkcie automatów. Zawsze szczupły był, ale przez te maszyny wychudł jak szczapa. Miał emeryturę strażaka, znaczy niską, ale dorabiał. Szczęśliwa rodzina jeszcze niedawno. No i dwa lata temu zaczął grać na maszynie. Raz wygrał, drugi, trzeci. Myślał, że tak zawsze będzie. A potem była pożyczka z Providenta, bo najłatwiej. By ją spłacić, tracił emeryturę. Żonie mówił, że inwestuje w akcje. A potem od znajomych zaczął pożyczać. Ci się skończyli szybko. Potem żonie zniknęła biżuteria, jego córce pieniądze odłożone na wakacje. Samochód zastawił pod kredyt. I grał, ciągle grał.
Gadaliśmy z nim, rodzina wysłała na terapię. Ustaliliśmy w kilku zaprzyjaźnionych punktach, żeby nie pozwalać mu grać i dzwonić po rodzinę, jak ktoś go przyuważy. Ale tego jest w Łodzi za dużo. Teraz dorabia na budowie, a pensję odbiera za niego córka. Bo on nie może mieć przy sobie kasy. Ani grosza.
- Przestał grać?
- Gra pewnie dalej, ale u mnie już się nie pojawia. O, skończyły ci się kredyty.