http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Emerytalne mącenie w głowie

Leszek Kostrzewski, Agata Nowakowska, Piotr Miączyński
2009-11-02, ostatnia aktualizacja 2009-11-02 13:45

Jak długo mamy pracować? Rząd zachęca do debaty o emeryturach. Na razie ministrowie prześcigają się w rewolucyjnych pomysłach, często sprzecznych

Leszek Kostrzewski
Fot. Marcin Klaban / AG
Leszek Kostrzewski
SERWISY
Sprawa emerytur to jedno z najpoważniejszych wyzwań stojących przed Polską. Co robić, byśmy na starość nie musieli biedować, ale też by budżet nie zbankrutował?

Mimo reformy sprzed dziesięciu lat polski system emerytalny to tykająca bomba. Do 2013r. na wypłatę emerytur może zabraknąć - jak prognozuje ZUS - blisko 300 mld zł. Nie, nie pomyliliśmy się. Chodzi o miliardy, nie o miliony. To tyle, ile państwo wyda w przyszłym roku na wszystko, co zaplanowało w budżecie: policję, armię, pomoc społeczną, edukację itd.

Już dziś składki od pracujących nie wystarczają na wypłatę bieżących rent i emerytur. Państwo musi dorzucić w przyszłym roku 38 mld zł do ZUS, 15 mld zł - do KRUS (rolnicy). Emerytury mundurowe (policjanci mogą przejść na emeryturę po 15 latach pracy) to kolejny wydatek rzędu 9 mld zł, górnicze - 4 mld zł. Bomba w końcu wybuchnie. Lont się pali.

Od iskier poparzył się już premier, który na wypłatę bieżących emerytur wyskrobał wszelkie zaskórniaki - 7,5 mld z tzw. rezerwy demograficznej. Pozwolił też, by ZUS zadłużył się w bankach, już w tym roku, na 5,5 mld zł. Więcej pieniędzy premier w szufladach rządowych nie znajdzie. Co więc robić?

Reformować system. Ale jak? Opolskich emeryturach decydują w rządzie dwie osoby -minister pracy Jolanta Fedak i minister w kancelarii premiera Michał Boni. Oboje, delikatnie mówiąc, za sobą nie przepadają. Co jedno z nich ogłosi, drugie kwituje: Bzdura!

Do rozstrzygnięcia jest kilka kwestii. Najważniejsza - jak długo mamy pracować. Dziś kobiety pracują do 60. roku życia, mężczyźni pięć lat dłużej. Średni wiek przechodzenia na emeryturę jest jednak niższy, bo wciąż wiele grup ma prawo do wcześniejszej emerytury.

Boni chce, byśmy, niezależnie od płci, pracowali do 67. roku życia. Zapisał to w strategii "Polska 2030". Dłuższa praca sprawi, że wypłata świadczeń odsunie się o kilka lat, co ulży budżetowi, a emeryci będą mieli wyższe świadczenia, bo więcej uciułają ze składek.

Fedak jest przeciwna. - Co z tego, że wydłużymy wiek, jeśli starsi ludzie już dziś lądują na bezrobociu, bo nie ma dla nich pracy - mówi. Ostatnio na spotkaniu w BCC minister wypaliła nawet: -W wolnym kraju każdy powinien mieć wybór, kiedy chce odejść na emeryturę. Jeżeli odpowiednio zabezpieczy się finansowo, to do niego należy decyzja, czy odejdzie na emeryturę np. w wieku 60 lat.

Gdyby jednak każdy mógł odejść na emeryturę w dowolnym wieku, to być może większość z nas porzuciłaby pracę - brała emeryturę, choćby niską, i dorabiała na czarno.

Ostatnio do dyskusji włączył się minister finansów Jacek Rostowski. Podczas debaty FOR i "Dziennika" zaproponował powiązanie przechodzenia na emeryturę z prognozowaną długością życia. Wzorem Danii i Szwecji. W Polsce byłaby to jednak rewolucja, bo kobiety żyją dłużej. Miałyby więc pracować dłużej niż mężczyźni?

Kolejna sprawa, o którą kłócą się Boni z Fedak, to tzw. roczne wakacje. Boniemu się marzy, by ok. 50. roku życia każdy Polak mógł skorzystać z rocznego urlopu. Dziś prawo do takiego urlopu mają nauczyciele. - W tym czasie mógłby odpocząć, podreperować zdrowie, zdobyć nowe kwalifikacje - wyjaśniał "Gazecie" minister Boni. Jego zdaniem coraz więcej 50-latków narzeka na przemęczenie. Gdy więc odpoczną przez rok, to będą jak nowo narodzeni.

Co na to Fedak? Wiadomo: "Bzdura". Według niej żaden pracodawca nie przyjmie z powrotem takiego urlopowicza na etat, bo to podniesie koszty pracy. Na zastępstwo trzeba by przyjąć innego pracownika. I to na rok.

Kolejną emerytalną wrzutką w ostatnich dniach była niespodziewana zapowiedź minister Fedak, że trzeba się zastanowić nad przekazywaniem do OFE tylko 2 proc. naszej składki emerytalnej. Reszta zostałaby dla ZUS.

Przyszłe emerytury byłyby niższe, ale za to mogłaby się zmniejszyć - i to o16 mld zł - dotacja z budżetu do ZUS. To niemałe pieniądze. Ministrowi Rostowskiemu w to graj, ale czy to stanowisko całego rządu? Trudno się dowiedzieć, premier Tusk wypowiada się w całej sprawie niejasno.

Emerytury to zbyt poważna i kosztowna sprawa, by bujać się tak od ściany do ściany. Ministrowie nie mogą robić nam wody z mózgu, zgłaszając sprzeczne pomysły.

Skoro chcą rozpocząć w Polsce wielką emerytalną debatę, niech wcześniej przeprowadzą ją sami ze sobą.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 22 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    27 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W środę z ''Gazetą'':