- Właśnie dowiedziałem się, że na grypę zmarł w szpitalu barman z knajpy Gazowa Lampa, do której często chodzę - opowiada mi lwowski dziennikarz Ołeś Pohraniczny. - Nie wiem, jaki to był rodzaj grypy, ale zaczyna docierać do mnie, że sprawa jest poważna. Miał całkowicie zniszczone płuca.
800-tysięczny Lwów sprawiał w weekend wrażenie prawie wymarłego miasta. Wychodzili na ulice tylko ci, którzy naprawdę musieli. W niedzielę wiernych było zdecydowanie mniej niż zwykle w kościołach i cerkwiach. Środki komunikacji miejskiej jeździły niemal puste. Niektóre restauracje zamknięto, a w nielicznych czynnych prawie nie było gości.
Krystyna, żona Ołesia, jest lekarką. Była w weekend na dyżurze w szpitalu. - Tylko w nocy z soboty na niedzielę hospitalizowaliśmy kolejnych 40 osób z objawami grypy - opowiada. Nie wiadomo, czy jest to zwykła
grypa, czy wirus A/H1N1. W sobotę wieczorem premier Julia Tymoszenko ogłosiła, że ten wirus stwierdzono tylko u 14 osób, a reszta zachorowań to przypadki zwykłej grypy, ale z powikłaniami. Ukraińskie ministerstwo zdrowia podało wczoraj, że wskutek epidemii zmarły 53 osoby, a choruje prawie 185 tys. ludzi.
Tymoszenko wezwała Ukraińców, by nie wychodzili na ulicę bez masek na ustach. Ponieważ w aptekach zabrakło masek, poprosiła mieszkańców, by sami je sobie szyli, bo "w ten sposób bardzo pomogą krajowi". Do Lwowa dotarł w niedzielę transport 10 tys. masek z Wrocławia, który został powitany entuzjastycznie. - To dla nas wielka pomoc, która przyszła w samą porę. Czekamy także na inne transporty z pomocą wysłane przez miasta partnerskie Lwowa - mówi Ostap Procyk, rzecznik mera Lwowa. Oprócz masek potrzebne są respiratory, by ułatwić oddychanie ludziom, u których grypa przekształciła się w zapalenie płuc. Węgrzy zapowiedzieli przekazanie na Ukrainę 10 tys. szczepionek przeciwko grypie.
Lwów huczy od plotek i informacji o sytuacji, które trudno potwierdzić. Np. że służby medyczne i wojsko rozwożą najciężej chorych po szpitalach na prowincji, żeby ukryć rozmiary epidemii. Oficjalnie nazywa się to wysyłaniem ich na "kwarantannę". Inna sensacyjna wiadomość była taka, że nad miastem rozpylano w weekend z samolotów substancję, która ma zabijać zarazki. Ale inni mówili, że to bzdury, a samoloty latały w związku z wizytą prezydenta Wiktora Juszczenki, który przyleciał do Galicji na specjalną naradę z miejscowymi władzami. - Zrzucanie czegoś przez samoloty to plotka. Atmosfera jest taka, że ludzie puszczają wodze fantazji - mówi Askold Jeromin, wiceszef lwowskiego dziennika "Wysoki Zamek".
- Politycy tylko dolewają oliwy do ognia. Czasem mam wrażenie, że zamiast uspokajać nastroje, zwiększają panikę, by podnieść sobie notowania przed styczniowymi wyborami prezydenckimi - mówi Ołeś Pohraniczny. Prezydent Juszczenko najpierw oskarżył rząd Julii Tymoszenko, że nie radzi sobie z epidemią i ogłasza zaniżone dane o liczbie ofiar i rozmiarach klęski. Pani premier odgryzła się, że prezydent zamiast zajmować się polityką, powinien pomóc. Prezydenta i panią premier skrytykował zaraz lider opozycji
Wiktor Janukowycz, faworyt styczniowych wyborów. Ale w sobotę wieczorem przyszło otrzeźwienie. Po naradzie we Lwowie prezydent Juszczenko ogłosił, że choć popełniono błędy, to wszyscy powinni solidarnie skupić się wokół rządu na rzecz walki z epidemią. Zaznaczył jednak, że po pokonaniu choroby każdy zostanie skrupulatnie rozliczony z tego, co zrobił.
Mimo epidemii grypy grupa lwowskich intelektualistów złożyła w niedzielę wieńce na grobach Polaków i Ukraińców walczących o Lwów w roku 1918. Tamta bratobójcza wojna, wygrana przez Polaków, rozpoczęła się właśnie 1 listopada. Przez dziesięciolecia kładła się cieniem na stosunkach polsko-ukraińskich. - Było nas kilkanaście osób, w tym dwóch grekokatolickich duchownych, ale daliśmy świadectwo, że dawna wrogość może przerodzić się w pojednanie - mówi Ołeś Pohraniczny. - Pomodliliśmy się zarówno na mogiłach Polaków, jak i Ukraińców. Cieszymy się, że nie byliśmy jedyni, a na ukraińskich mogiłach leżały już od samego rana wieńce z polskimi szarfami.