http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Chlebowski: Jak zmarnowałem swoją gigantyczną karierę

Agata Kondzińska, wyborcza.pl
2009-10-31, ostatnia aktualizacja 2009-10-31 15:11

"Byłem na dnie politycznym, ale dzięki temu zaczynam wychodzić na wyżyny swoich spraw rodzinnych. Wiele razy myślałem sobie potem: Zbyszek, ty głupku, dwoma zdaniami zmarnowałeś swoją gigantyczną karierę"- tak Zbigniew Chlebowski, b. szef klubu PO miesiąc od ujawnienia jego rozmów z biznesmenami, opowiada własną wersję wydarzeń

Zbigniew Chlebowski
Fot. Łukasz Giza / Agencja Gazeta
Zbigniew Chlebowski
GALERIA ZDJĘĆ
SERWISY
Gdy wybuchła tzw. afera hazardowa Zbigniew Chlebowski wystąpił tylko raz, potem zniknął. Teraz w rozmowie z "Polska The Times" wyznaje: "Tyle razy, ile przez ostatni miesiąc, to jeszcze nigdy w życiu nie płakałem".

Chlebowski działa w polityce od 20 lat. W latach 90 był burmistrzem Żarowa na Dolnym Śląsku. Lubił wspominać ten czas, mówiąc, że w 1990 był jednym z najmłodszych w kraju samorządowców o takiej pozycji. Jednak kilkanaście lat później Żarów odbije mu się czkawkę. W 2007 roku na jaw wychodzi zadłużenie Żarowa. Gmina jest na granicy bankructwa, bo Chlebowski podejmował złe decyzje - donoszą media. A w Żarowie modne staje się powiedzenie, że za Chlebowskiego żyło się jak za Gierka - źle nie było, ale wszystko na kredyt.

W 2001 roku Chlebowski wchodzi do krajowej polityki. Po raz pierwszy w Sejmie, mentora szuka wśród ludzi z SKL. Wybiera Jana Rokitę. Ten, gdy zostaje szefem klubu PO, robi Chlebowskiego swoim zastępcą. Sejmowa kariera posła z Dolnego Śląska przyspiesza. I nagle wyhamowuje w 2006 roku. Tusk proponuje Chlebowskiego na szefa klubu PO. Ale przeciw niemu staje, popierany przez posłów Bogdan Zdrojewski. I wygrywa. Po tym zdarzeniu Chlebowski po raz pierwszy przyzna, że płakał.

Klub odzyska w następnej kadencji. Już bez konkurentów zostanie jego szefem. I będzie błyszczał: w mediach, w Sejmie, w polityce.

A gdy "Rzeczpospolita" opublikuje stenogramy z jego rozmów z biznesmenami z branży hazardowej, tylko raz publicznie wystąpi. Ale symbolem konferencji nie staną się jego tłumaczenia, lecz zdjęcia zdenerwowanego polityka, który nieustannie ociera pot z twarzy. Potem Chlebowski znika, zaszywa się w Żarowie, na posiedzenie Sejmu nie przyjeżdża.

W sobotnim wywiadzie dla "Polski" opowiada swoją wersję wydarzeń. Nie wypiera się znajomości z biznesmenami, których nagrywało CBA: Ryszardem Sobiesiakiem i Janem Koskiem. "Doktora Jana Koska poznałem jako pracownika naukowego Uniwersytetu Jagiellońskiego, był tam wykładowcą. Dostał propozycję lepszych zarobków i kierowania firmą z branży hazardowej. Spotykaliśmy się rzadko, ale to wartościowy człowiek" - mówi w rozmowie z "Polską". Przyznaje, że czasami rozmawiali o hazardzie, a Kosek pisał do niego oficjalne pisma jako do szefa sejmowej komisji finansów publicznych. Sobiesiaka też zna. Od pięciu lat, gdy przypadkowo spotkali się we Wrocławiu. Ale: "nie utrzymywaliśmy kontaktów towarzyskich, spotykaliśmy się od czasu do czasu" - twierdzi. I podtrzymuje, że Sylwestra w ośrodku Sobiesiaka w Zieleńcu spędzał towarzysko, a za pobyt sam zapłacił. "Nie byłbym jednak w stanie nigdy niczego mu załatwić. Nie wyobrażam sobie, żebym mógł reprezentować czyjeś interesy i przedkładać je nad dobro państwa" - broni się.

„Na dziewięćdziesiąt procent, Rysiu, że załatwimy” - to ze stenogramów. - Powiedziałem tak, żeby się ode mnie odczepił. To jest człowiek gaduła, zawsze rozmawia ze wszystkimi” - to z wywiadu, w którym się tłumaczy.

"Biegam z tym sam, blokuję tę sprawę dopłat od roku, to wyłącznie moja zasługa" - znów ze stenogramów. A tak tłumaczy: - Nie pamiętam, w jakim kontekście to powiedziałem.

Chlebowski nie pamięta też okoliczności, w jakich Jan Kosek wpłacił na jego kampanię wyborczą 18 tys. zł.

- O swoich rozmowach z Sobiesiakiem mówi jeszcze: "Zabrakło mi asertywności. Często dla zachowania pozorów mówimy: słuchaj, sprawa jest załatwiona, choć nic w tej sprawie nie robimy. I tak było w tym przypadku." I dalej: "Nie wiem, jak mogłem prowadzić rozmowy na takim poziomie."

Tłumaczy, że taką ma naturę, że zawsze stara się pomagać innym.

O spotkaniu z Sobiesiakiem na cmentarzu: "To było przypadkowe spotkanie. Spotkaliśmy się na stacji benzynowej, a stacja przylega bezpośrednio do cmentarza. Rozmawialiśmy o jakichś sprawach dotyczących Czorsztyna i konflikcie między PO a PiS. Być może też o ustawie hazardowej. On zawsze udowadniał, że ta ustawa to zagrożenie dla budżetu i rozwój szarej strefy."

O swojej konferencji w dniu publikacji stenogramów w "Rz". "To był mój wielki błąd. W pierwszym odruchu pomyślałem sobie, że jeżeli nie wybronię się z tego, to będzie to mój koniec w polityce. Od razu wsiadłem w samolot i to był największy błąd. Wszyscy widzieli tylko, że potwornie się pociłem i ocierałem pot z czoła."

O tym, dlaczego był przeciwny dopłatom dla branży hazardowej. "Ktoś zagrał moją głową. Zawsze uważałem, że dopłaty są złym pomysłem, który przyniósłby budżetowi wręcz straty sięgające 1,5 miliarda złotych. Mam na to opinie politechnik Warszawskiej, Łódzkiej, AGH w Krakowie i PAN. Sugerowałem ministrowi finansów, żeby - zamiast stosować dopłaty - podnieść podatki."

I dalej wyjaśnia o co jego zdaniem naprawdę chodziło: "W nowelizowanej ustawie hazardowej prawdziwa gra toczyła się o organizację wideoloterii. Totalizator Sportowy chciał takiego sformułowania przepisów, które pozwalałoby na nieograniczony rozwój wideoloterii."(...) "W każdym punkcie lotto można by postawić maszynę hazardową. Nieważna byłaby odległości od szkoły, kościoła, opinia gminy. Na każdym rogu mielibyśmy jednorękiego bandytę, który tylko wyglądałby inaczej. Chciałem zahamować ich rozwój, podnieść podatki obecnej branży, uporządkować hazard w internecie. Byłem przeciwko liberalizacji hazardu."

O relacjach z partyjnymi kolegami: "Mam żal do tych, którzy wydali na mnie wyrok. Potępili mnie, nie znając wszystkich faktów. Wdali się w retorykę opozycji, jakby zapomnieli, kim byłem przez ostatnie dwa lata. (...)Traktują mnie jak czarną owce, przestępcę.(...) Ale też byli tacy, których wypowiedzi były budujące: Bronek Komorowski, Stefan Niesiołowski, Sebastian Karpiniuk, ostatnio nawet Grzegorz Schetyna. Nikt z nich nie wydał na mnie wyroku, nikt mnie nie potępił."

O swojej przyszłości: "Przygotowuję się z prawnikami do przesłuchań przed komisją śledczą, przed prokuratorem, gromadzę dokumenty z ostatnich 6 lat. Najważniejsze jest dla mnie oczyszczenie nazwiska. Teraz chcę dowieść własnej niewinności. Nie boję się tego, co mnie czeka, przesłuchań, tylko tego, że rodzina będzie oglądać ten teatr przed komisją śledczą."

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    42 głosy