http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Niemcy: więcej rynku, mniej państwa

politolog Wolfgang Merkel*
2009-11-02, ostatnia aktualizacja 2009-10-30 17:03

Lewicowość nie kojarzy się dziś z projektowaniem przyszłości i optymizmem. Po lewej stronie nie stoi duch czasu, lecz ludzie przegrani - mówi o sytuacji w Niemczech

To, że nowy rząd Merkel zapowiedział znaczące zwiększenie wydatków na edukację i badania naukowe, to jeden z jaśniejszych punktów tej umowy koalicyjnej. Na zdjęciu z ostatniej środy - Angela Merkel przyjmuje gratulacje po ponownym wyborze na kanclerza Niemiec
Fot. Frank Augstein AP
To, że nowy rząd Merkel zapowiedział znaczące zwiększenie wydatków na edukację...
SERWISY
Piotr Buras: Kiedy w 1982 r. Helmut Kohl dochodził do władzy, zapowiadał zwrot duchowo-moralny po długiej erze lewicowo-liberalnej. W 1998 r., kiedy zastępował go Gerhard Schröder, głośno było o projekcie socjaldemokratycznej "trzeciej drogi" i "nowym środku" społeczeństwa. Teraz, po 11 latach, władzę przejmuje "koalicja mieszczańska" CDU/CSU-FDP - partie, które od lat marzyły o wspólnym rządzie. Jaki projekt polityczny reprezentuje nowa ekipa Angeli Merkel?

Wolfgang Merkel: Tym razem nie mówi się o żadnym zwrocie, który zresztą za rządów Kohla nie nastąpił. Trudno mówić też o jakimś strategicznym projekcie, bo umowa koalicyjna jest mało konkretna. Ale pewne tendencje są widoczne.

Bez wielkich słów dokonać ma się przejście do systemu, w którym jest więcej rynku, a mniej państwa. Kluczowym elementem programu tego rządu ma być obniżka podatków. Jej filozofia polega na tym, że ci, którzy zarabiają więcej, mają zyskać na niej o wiele bardziej niż mało zarabiający. Ale prawdziwa cezura to zmiany w sektorze ubezpieczeń społecznych. Mają one silniej obciążyć pracowników, oszczędzając pracodawców. Jeśli te reformy zostaną zrealizowane, oznaczać będą znaczne ograniczenie zasady solidarności między lepiej a gorzej zarabiającymi. Była ona dotychczas podstawą państwa socjalnego.

Szczególnie dotyczy to systemu opieki zdrowotnej: koalicja planuje wprowadzenie jednolitej składki dla wszystkich - bez względu na zarobki. Ale te plany z pewnością spotkają się z protestami. Dadzą one o sobie znać także w wyborach do parlamentów krajowych. Droga do realizacji tych zamierzeń będzie ciężka.

Czy te pomysły to właściwa odpowiedź na problemy Niemiec?

- Myślę, że nie. Nie podzielam neoliberalnego przekonania, że odciążenie osób o wyższych dochodach doprowadzi do wzrostu gospodarczego, a w konsekwencji - do większych wpływów do budżetu. A w sytuacji, w jakiej dziś znajdują się Niemcy, ograniczanie finansowych możliwości państwa jest błędem i kłóci się z zasadą sprawiedliwości. Państwo ma bowiem bardzo dużo do zrobienia, przede wszystkim w sferze edukacji i rynku pracy.

O tym, że niemieckie państwo socjalne znajduje się w kryzysie, mówi się od dawna. Ostatnio jednak mniej w kontekście rosnących kosztów, bardziej zaś problemów i konfliktów społecznych, których nie jest w stanie rozwiązywać.

- Państwo socjalne i model gospodarczy, jakie się wykształciły w ostatnich dekadach, stały się pod wieloma względami dysfunkcjonalne. Jedno z najdroższych państw socjalnych na świecie, które kosztuje tyle co w Szwecji, nie było w stanie zapobiec uformowaniu się "społeczeństwa 2/3", czyli takiego, w którym co trzeci obywatel należy do podklasy.

Największym anachronizmem jest to, że niemieckie państwo socjalne jest bardzo drogie, ale nie jest sprawiedliwe. Powinno gwarantować to, żeby każdy za sprawą własnych dokonań i wysiłku wspieranego przez państwo mógł opuścić dolne warstwy społeczne. Na drodze temu staje przede wszystkim fatalny system edukacji. W Niemczech nie ma właściwej opieki przedszkolnej, a selekcja uczniów odbywa się już po czterech latach nauki. Słabsi nie są w stanie nadrobić zaległości wyniesionych z domu. Szczególnie dotyczy to imigrantów, którzy są najliczniejszą i najbardziej zagrożoną grupą w społecznej podklasie. Niższe warstwy nie są w stanie skorzystać z drabiny awansu. System niemiecki promuje znacznie bardziej statyczny model społeczeństwa niż w Skandynawii czy w krajach anglosaskich.

Jak w takim razie lepiej wykorzystać gigantyczne środki finansowe na państwo socjalne?

- Niemiecki system za bardzo nastawiony jest na transfery pieniężne: dla dzieci, rodzin, bezrobotnych etc. Zamiast dawać koperty z pieniędzmi, trzeba oferować usługi na najwyższym poziomie: opiekę zdrowotną, opieką na starość, przedszkola. Także dlatego, że tylko wtedy zainteresowane będą nimi warstwy średnie, które to państwo finansują. Nie będą musiały szukać sobie szkół prywatnych, przedszkoli i lekarzy.

Jak mówią Anglicy, „biedaświadczenia są tylko dla biednych („poor services are services only for the poor”). To jest spirala w dół. Nie przerwie się jej populistycznymi prezentami w postaci obniżki podatków. Mamy niezbyt dobre szkoły, średnie uniwersytety. To zawstydzające, że najlepsza szkoła wyższa (uniwersytet w Monachium) jednego z najbogatszych państw świata, kraju „poetów i myślicieli”, lokuje się dopiero na 53. miejscu w międzynarodowym rankingu uniwersytetów! Inwestujemy za dużo w przeszłość, a za mało w przyszłość. To, że nowy rząd Merkel zapowiedział znaczące zwiększenie wydatków na edukację i badania naukowe, to jeden z jaśniejszych punktów tej umowy koalicyjnej.

Czy Niemcy są "chorym człowiekiem Europy" czy też znajdują się ze swoimi problemami na poziomie europejskiej średniej?

- Kraje anglosaskie mają relatywnie małe ciężary fiskalne i dość szczupłe państwo socjalne, w Skandynawii zaś obywatele pilnie płacą podatki i cieszą się z wysokich inwestycji społecznych. Tam państwo socjalne jest wprawdzie bardzo drogie, ale nastawione dużo bardziej na produktywność i reintegrację obywateli na rynku pracy.

Z naszym państwem socjalnym, roszczeniami co do poziomu świadczeń oraz przeregulowanym rynkiem pracy mamy dużo gorsze szanse. Ale podobne problemy mają też Francja i Belgia, a Włochy, które uwielbiam, to już zupełna katastrofa.

Czy to nie zaskakujące, że akurat w momencie kryzysu gospodarczego i ostatecznego ponoć załamania się wolnorynkowego dogmatyzmu wybory wygrywa koalicja liberalno-konserwatywna, a liberałowie z FDP uzyskują najlepszy wynik w historii?

- FDP to partia, która prezentowała się jako siła wolnorynkowej odnowy, ale już CDU przesunęła się za rządów Merkel na pozycje w dużej mierze socjaldemokratyczne. Uprawiała politykę keynesistowską, działając zarazem uspokajająco szczególnie na starszych wyborców. W Niemczech, znowu inaczej niż w Skandynawii, ufa się w czasach kryzysu gospodarczego raczej partiom konserwatywnym, a nie lewicowym. Ma to swoje powody: w końcu państwo socjalne w Niemczech nie było dziełem socjaldemokracji, lecz Bismarcka, a później Adenauera.

Ale czy nie jest to sprzeczne z często powtarzaną tezą, że duch czasu jest dzisiaj w Niemczech lewicowy?

- Ja nie uważam jej za trafną. Nasz kraj jest dzisiaj podzielony. Zeitgeist od dawna nie jest już lewicowy o tyle, że wśród artystów, filozofów, pisarzy nie wykształcił się żaden kulturowo inspirujący krajobraz intelektualny - tak jak to było w 1969 r., kiedy do władzy dochodził Willy Brandt. Sfera intelektualnego dyskursu nie jest zdominowana przez lewicę. Lewicowość nie kojarzy się z projektowaniem przyszłości i optymizmem. Po lewej stronie nie stoi duch czasu, lecz przegrani - modernizacji, globalizacji i zjednoczenia. Trudno wskazać jakikolwiek lewicowy głos, który by był intelektualnie porywający. Günter Grass? Ale on był już sztandarową postacią SPD w 1969 r. Kto twierdzi, że wyższość interpretacyjną ma dzisiaj w Niemczech lewica, nie rozumie tutejszej sfery dyskursu.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 8 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':