Decyzję w tej sprawie prezydent
Barack Obama ma podjąć przed 11 listopada, gdy wybiera się w podróż do Azji. Wczoraj na naradę wojenną prezydent wezwał do Białego Domu dowódców wojsk lądowych, lotnictwa, marynarki wojennej i piechoty morskiej, a także szefa sztabu generalnego. Zaproszeni zostali też m.in. wiceprezydent Joseph Biden i sekretarz obrony Robert Gates.
W sierpniu gen. Stanley McChrystal, dowódca wojsk w Afganistanie, napisał, że jeśli ma wygrać trwającą dziewiąty rok wojnę, to potrzebuje dodatkowych 40-50 tys. żołnierzy. Wraz ze stacjonującymi już w Afganistanie 68 tys. żołnierzy z
USA i 42 tys. z państw sprzymierzonych zachodnia armia liczyłaby ponad 150 tys. ludzi.
Poza zwiększeniem liczby wojsk podobnie jak w Iraku, gdzie Amerykanie przekupywali tamtejszych partyzantów, by porzucili wojnę, także w Afganistanie władze USA zamierzają płacić tym komendantom talibów, którzy opowiedzą się po stronie rządu z Kabulu.
Od wiosny zaprawieni w irackiej wojnie amerykańscy generałowie usiłują też - choć bez większego powodzenia - przeszczepiać w Afganistanie także inny sprawdzony w Iraku wynalazek i powołują plemienne milicje, które zaprowadziły porządek w swoich dolinach.
Według amerykańskich mediów Obama pośle generałom do Afganistanu dodatkowe wojska, ale raczej nie w tak wielkiej liczbie, jak życzył tego sobie McChrystal. Przeciwko wysyłaniu wojsk protestują przywódcy Partii Demokratycznej, bojąc się o głosy zmęczonych wojną wyborców.
Wiceprezydent Biden w ogóle przekonuje, że zamiast toczyć "antypartyzancką" wojnę z talibami, na którą potrzeba wielkiej liczby wojsk, środków i czasu, Ameryka powinna raczej skupić się na "antyterrorystycznej" wojnie z Al-Kaidą na afgańsko-pakistańskim pograniczu, do czego wystarczy mniej wojsk, za to głównie z sił specjalnych.
Pentagon uważa jednak, że skupienie uwagi na afgańsko-pakistańskim pograniczu i w Pakistanie odda w ręce talibów znaczne połacie Afganistanu i sprawi, że jeśli nie da się ich przekupić, nie da się ich też już pokonać.
"New York Times" twierdzi, że Obama zdecyduje się na coś pośredniego. Uznając, że wojny partyzanckiej z talibami wygrać się po prostu nie da, Biały Dom wyśle do Afganistanu 15-20 tys. żołnierzy, którzy zapewnią zachodniej koalicji kontrolę nad 10 najważniejszymi miastami, a także szlakami komunikacyjnymi i ważnymi dla gospodarki regionami, jak choćby żyzna dolina rzeki Helmand, niegdyś afgański spichlerz, a dziś główna arena afgańskiej wojny.
Reszta Afganistanu zostanie oddana w ręce trzymających stronę Amerykanów miejscowych watażków i chanów, a nawet tych talibów, którzy wyrzekną się współpracy z Al-Kaidą.
Z Al-Kaidą, a także z tymi afgańskimi partyzantami, którzy będą z nią trzymać, Amerykanie zamierzają walczyć przy pomocy uzbrojonych w rakiety bezzałogowych samolotów szpiegowskich i zwykłego lotnictwa, a także sił specjalnych.
Amerykanie, nie mogąc liczyć na swoich sojuszników, zamierzają też przyjmować na siebie niemal cały ciężar afgańskiej wojny. Dodatkowe wojska mają zostać wysłane przede wszystkim do południowych prowincji Helmand, a także Kandahar i Uruzgan. Z tych dwóch ostatnich w najbliższych latach mają zostać wycofane kontrolujące je dziś wojska z Kanady i Holandii.
Według informacji "Gazety" także w prowincji Ghazni Amerykanie zamierzają przejąć od Polaków te regiony, które są najbardziej zagrożone przez talibów.