Zapał Brukseli do objęcia przywództwa w zmniejszaniu globalnego ocieplenia może nas i pozostałe kraje nowej Europy kosztować za dużo i za drogo. - Jesteśmy gotowi na całonocne negocjacje. Będzie porozumienie, jeśli bogatsze kraje wykażą się przyzwoitością - mówił wczoraj Mikołaj Dowgielewicz, minister ds. europejskich.
Rozpoczęty wczoraj dwudniowy szczyt Unii miał zdecydować, czy na grudniowej konferencji ONZ w sprawie globalnego ocieplenia w Kopenhadze Bruksela wystąpi w imieniu wszystkich państw UE. Chciałaby wtedy rzucić na stół konkretne pieniądze, które Europa będzie corocznie przekazywać biedniejszym krajom na zmniejszanie emisji CO2. Według różnych szacunków pomoc Europy po 2012 r. miałaby wynosić od 2 do 15 mld euro rocznie.
Jaką część miałaby zapłacić Polska?
Polacy doprowadzili do stworzenia koalicji nowych państw UE, którzy chcą jak najbardziej uzależnić swą składkę od dochodu narodowego, a nie - jak to się w Brukseli mówi - od poziomu odpowiedzialności za globalne ocieplenie, czyli własnej emisji dwutlenku węgla. W takim układzie płacilibyśmy nawet kilka razy mniej, niż pierwotnie proponowała Bruksela.
- Nasza gospodarka jest oparta na węglu, emitujemy więcej, ale nie możemy wciąż płacić za trudniejszą historię, która skazała nas na to zacofanie - tłumaczą Polacy. Nasz kraj odpowiada za 8 proc. unijnej emisji CO2, a jej udział w
PKB wspólnoty to zaledwie 3 proc.
Wczoraj węgierski premier Gordon Bajnai w imieniu swojego kraju oraz Polski, Czech, Słowacji, Rumunii, Bułgarii, Łotwy i Litwy potwierdził: - Nie rezygnujemy z walki.
Środkowoeuropejscy dyplomaci tłumaczyli, że pogrążona w kryzysie
Łotwa nie powinna łożyć na
Indie, wschodzące mocarstwo ekonomiczne. Przekonywali, że dzięki pomocy Unii
Chiny czy Brazylia będą kupować w starej Europie nowoczesne technologie, na które nie stać nowych państw UE.
Jak mówią nieoficjalnie nasi dyplomaci, maksimum tego, na co Polska może się zgodzić, to ok. 230 mln euro rocznie po 2012 r., jakie moglibyśmy dorzucić do unijnej pomocy. A do 2012 r. jesteśmy gotowi dokładać 10 mln euro rocznie, co oczywiście jest kroplą w morzu unijnej pomocy, która wówczas ma wynosić kilka miliardów euro.
W chwili zamknięcia tego wydania ustalenia jeszcze nie zapadły, ale zmontowana przez Polskę koalicja miała wielkie szanse zablokować plan Szwecji, aby pojechać na szczyt kopenhaski bez uprzedniego ustalenia, jak dzielić się składką wewnątrz UE.
- Gdyby przyjąć takie ustalenie, to po Kopenhadze wykręcaliby nam ręce, aby nakłonić do płacenia więcej, niż chcemy - mówią polscy dyplomaci.
Obrady zakończą się dzisiaj. Premier Tusk nie mówił, czy jesteśmy gotowi zawetować porozumienie. Ale zdecydowane stanowisko polskiej koalicji oznacza, że może być potrzebny dodatkowy szczyt UE w tej sprawie. Zwłaszcza że Europa wciąż nie wie, ile na walkę z ociepleniem chcą wydać
USA. A dopiero współpraca Ameryki i Europy dałaby efekty w obniżaniu emisji CO2.
Choć jesteśmy przyzwyczajeni, że Polska stara się odgrywać rzecznika biedniejszych regionów Unii, to poza Europą w biedę kraju UE mało kto wierzy. "Dzisiaj Polska jest wśród 50 najbogatszych państw, ale nie zawsze tak było. Kiedyś wiele państw okazało Polsce solidarność. Dziś Polska powinna pomagać innym" - pisze do przywódców UE biskup Desmond Tutu, laureat pokojowego Nobla z RPA. I wezwał Donalda Tuska, by porzucił wąskie i zaściankowe interesy.