1 lipca 2009 roku:
Jolanta Fedak, minister pracy i polityki społecznej przemawia w Sejmie tak: "Szanowni Państwo! Intencją rządu we wszystkich ustawach, które wprowadzaliśmy, jest ochrona kobiety w ciąży, zwłaszcza kobiety pracującej." Pięć dni później do dymisji podaje się wiceminister Agnieszka Chłoń-Domińczak. Powód? Po powrocie do pracy z urlopu macierzyńskiego okazało się, że odebrano jej część kompetencji. Miała się już więcej nie zajmować problematyką reformy emerytalnej, nad którą niemal do ostatnich dni ciąży pracowała.
Tygodnik "Polityka" opisał wówczas to, co działo się w resorcie: - "Nikt tak nie zaszkodzi ambitnej kobiecie jak druga kobieta zwierzchnik - mówi wieloletnia szefowa jednego z departamentów resortu pracy. - Kiedy w listopadzie 2008 roku Sejm zgotował Agnieszce owacje na stojąco, a pani minister pierwsza rzuciła się do całowania, pomyślałam: no, kochaniutka, to już długo nie potrwa.
Szefowa resortu pracy w oświadczeniu tłumaczyła, że tekst w "Dzienniku", który napisał o kłopotach wiceminister, doprawia jej gębę. "Cały artykuł opiera się na zdaniu "to jest kobieta, która ma trójkę dzieci i nie sądzę, aby brakowało jej obowiązków", które nie jest moim zdaniem - napisała Fedak. I dalej, że żaden z wiceministrów nie ma dożywotnio przyznanych zadań - wyjaśniała.
W czwartek "Dziennik Gazeta Prawna" podał następny przykład dyskryminacji w resorcie i przypomniał, że pierwszą ofiarą minister pracy była Berenika Anders, która ze stanowiskiem dyrektora departamentu do walki z dyskryminacją pożegnała po tym jak "Dziennik" opisał wyniki badań, które zleciła. - "Wynikało z nich, że co piąta urzędniczka Ministerstwa Pracy czuła się mobbingowana" - czytamy w dzienniku.
Teraz kolejna urzędniczka traci przywileje. "Dziennik Gazeta Prawna" twierdzi, że stało się tak po tym, jak pokazała w resorcie zaświadczenie o tym, że jest w ciąży. Według gazety było tak: Maria Kahlau, która pracuje w ministerstwie od 2006 r., w kwietniu tego roku otrzymała dodatek zadaniowy za zastępowanie dyrektora departamentu odpowiedzialnego za zwalczanie dyskryminacji. W czerwcu dostała premię. A w sierpniu powiadomiła pracodawcę, że jest w ciąży. Ponieważ źle się poczuła, poszła na dwutygodniowe zwolnienie. "Po ośmiu dniach otrzymała z ministerstwa list polecony, w którym poinformowano ją, że odwołuje się jej upoważnienie do zastępowania dyrektora. Kobietę zdegradowano do stanowiska głównego specjalisty i odebrano jej dodatek do wynagrodzenia. Pracami departamentu kieruje nowo powołany zastępca dyrektora. Mężczyzna." - pisze "DGP"
Ministerstwo prostuje: „Nieprawdą jest, że » kobietę zdegradowano do stanowiska głównego specjalisty «, ponieważ pani Maria Kahlau była i pozostała na tym samym stanowisku głównego specjalisty”. I dalej tłumaczy: „Zadania, wykonywane przez pracownika, który przebywa na zwolnieniu lekarskim, muszą być wykonywane przez inną osobę, ponieważ nie można na ten czas zawiesić prac ministerstwa.(...) Pani Maria Kahlau, przebywając na zwolnieniu lekarskim, nie może tych zadań wykonywać. Musi więc wykonać je ktoś inny” - czytamy w oświadczeniu na stronie resortu.
Jak naprawdę jest w resorcie pracy? Czy tak jak opisywał to na początku sierpnia tygodnik "Polityka": "Powodem urzędniczej frustracji jest osobliwa troska o ich życie prywatne, którą przejawia Jolanta Fedak. Naprawdę starałam się panią polubić, ale mi się nie udaje - oświadcza podwładnej, gdy prasa napisze coś krytycznego o pracach ministerstwa. Co Pani wie o problemach rodziny, jeśli nie ma pani dzieci? - pyta minister, jeśli zaproponowane założenia do aktów prawnych nie bardzo jej się podobają. Pani sobie powinna zrobić dziecko i znaleźć wreszcie męża - gdy uzna projekt za nieakceptowalny."
A może tak, jak na te zarzuty odpowiedziała tygodnikowi Jolanta Fedak: "Był czas, kiedy ja i pracownicy musieliśmy się zapoznać. Oni się mnie bali, ale i ja się ich obawiałam, bo byłam nowa. Oceniam, że już wyszliśmy na prostą i zaczęliśmy sobie ufać."
Jak podaje
radio TOK FM sprawę może wyjaśnić Państwowa Inspekcja Pracy.