http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Ci biedni Islandczycy

Dominika Pszczółkowska
2009-10-29, ostatnia aktualizacja 2009-10-28 18:52

Rok temu Islandczycy byli jednym z najbogatszych narodów świata, a dziś McDonald's wycofuje się z wyspy, bo uznał, że jej mieszkańców nie stać na hamburgery. Sygnałów, że kryzys ma się ku końcowi, jest na wyspie wyjątkowo mało.

Stolica Islandii - Reykiavik
Fot. Adam Kozak / AG
Stolica Islandii - Reykiavik
Słynący z optymizmu Islandczycy jednak się nie poddają. Choć na wyspie bankrutują setki firm, to ciągle powstają nowe. Modne stały się lokalne produkty - od ręcznie robionych swetrów po tradycyjną farbę do włosów wikingów wytwarzaną z glonów. Rekordowa liczba mieszkańców wróciła na studia i uzyskuje kolejne tytuły. Nie wiadomo jednak, jak długo będą musieli jeszcze wytrzymać, bo sygnałów, że kryzys ma się ku końcowi, jest na wyspie wyjątkowo mało.

Wszystko zaczęło się rok temu, gdy światowy kryzys finansowy z siłą tsunami uderzył w wyspę. Zbankrutowały trzy największe banki, które w zbyt dużej części oparły swą działalność na kredytach zaciąganych na rynkach międzynarodowych. Banki te w ostatnich latach stanowiły lwią część islandzkiej gospodarki i gdy okazało się, że państwo musi je przejąć, kurs islandzkiej korony poleciał na łeb, na szyję. Za tym poszły ceny nieruchomości. Wzrosły za to koszty obsługi kredytów zaciąganych często w euro oraz ceny towarów importowanych z Unii.

Właśnie dlatego islandzkiemu przedstawicielowi McDonalds przestało się opłacać. Właściciel trzech restauracji na wyspie Jon Ogmundsson oświadczył w tym tygodniu, że choć bary nigdy nie były tak pełne, nigdy nie zarobił tak mało. Wszystko przez to, że zgodnie z kontraktem z siecią produkty musi sprowadzać z Niemiec. Podrożały one o połowę. - Za kilo cebuli płacę tyle co za dobrą whiskey - skarżył się.

Już w grudniu 2008 r. z wyspy wycofał się Burger King, pozostały jeszcze inne sieci, jak KFC i Subway. McDonald's zapowiedział, że na razie nie będzie szukał innego partnera na wyspie, bo sytuacja gospodarcza jest zbyt niestabilna. Ogmundsson natomiast nie zamierza się poddawać - w swych lokalach usunie atrybuty McDonalds, a big maki zastąpi jedzeniem opartym na miejscowej żywności.

Podobnie postępuje wielu Islandczyków. Przyzwyczajeni do życia w trudnych warunkach potomkowie wikingów robią, co mogą, by przetrwać. Media pełne są historii osób, które się przebranżowiają i szukają dla siebie nowych nisz.

Kilku byłych bankowców założyło internetowy sklep Nordic Store, w którym sprzedają tradycyjne islandzkie produkty, m.in. ręcznie robione swetry. Popyt ze świata jest tak duży, że musieli zatrudnić 50 osób do robienia ich na drutach. Była stylistka i modelka dziś oprowadza turystów po sklepach z modą w Reykjaviku i pomaga dobierać stroje.

Jedną z niewielu branż, które pomagają Islandczykom przetrwać, jest właśnie turystyka. Kiedyś wyspa była wyjątkowo droga, a dziś na wakacje tam mogą sobie pozwolić nie tylko najzamożniejsi. Dlatego ostatnio przed centrum informacji turystycznej w stolicy ustawiają się kolejki.

Mimo to perspektywy dla islandzkiej gospodarki nie wyglądają dziś wesoło. Przed bankructwem uratowała kraj pożyczka z Międzynarodowego Funduszu Walutowego w wysokości 10 mld dol. (dodatkowe 200 mln dol. pożyczyła Polska).

Na mocy międzynarodowego porozumienia Islandia będzie musiała do 2024 r. spłacić długi swoich banków wobec obywateli Wielkiej Brytanii, Holandii i innych krajów. To kolejne 6 mld dol. Wszystko wskazuje więc na to, że z kryzysowych długów islandzkie społeczeństwo będzie wygrzebywać się co najmniej przez pokolenie.

Także prognozy na najbliższy okres nie są wesołe. MFW przewiduje, że w tym roku gospodarka skurczy się o 8,5 proc., a ceny wzrosną o 11,7 proc. W przyszłym roku, gdy większość krajów europejskich ma wychodzić z kryzysu, islandzką gospodarkę czeka dwuprocentowy spadek.

W takiej sytuacji dobre wieści dotyczą tylko polskich batoników Prince Polo. Islandia na mocy umowy międzyrządowej importowała je od 1955 r. i stały się one tradycyjnym przysmakiem. Gdy na początku roku wszystkie produkty żywnościowe ze strefy euro drożały, Islandczycy mogli sięgnąć po polskie batoniki. Dzięki słabszemu złotemu nie były tak horrendalnie drogie jak inne produkty unijne.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    11 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':