O ewentualnej kandydaturze Blaira mówi się od miesięcy. Ale oficjalnie brytyjska batalia o europejski fotel dla niego zaczęła się na poniedziałkowym spotkaniu szefów dyplomacji krajów UE. Brytyjski minister David Miliband rozpoczął tam nieformalną kampanię na rzecz byłego premiera i byłego przywódcy laburzystów.
Rozmowy o najpoważniejszych stanowiskach w Unii prowadzi się za kulisami. Więc zanim premier Gordon Brown oficjalnie zgłosi kandydaturę Blaira, musi mieć pewność, że zyska ona powszechne poparcie. Czasu nie zostało wiele, bo pierwsza dyskusja na temat nominacji odbędzie się na zaczynającym się jutro szczycie UE.
Brown i Miliband postanowili przejść do ofensywy, bo szanse Blaira ostatnio zmalały. Jego największy protektor, francuski prezydent Nicolas Sarkozy przyznał, że Blairowi nie pomaga to, iż
Wielka Brytania jest poza strefą euro, czyli poza głównym europejskiej nurtem integracji.
Zwolennicy Brytyjczyka mówią: Blair to silny głos na świecie i gwarancja, że taki prezydent Unii będzie wszędzie poważnie traktowany. Ich zdaniem nie można też sobie wyobrazić unijnej polityki zagranicznej bez zaangażowania Wielkiej Brytanii.
Przeciwnicy Blaira, tacy jak były belgijski premier i szef liberałów w europarlamencie Guy Verhofstadt, wytykają mu, że rządząc Wielką Brytanią, nie wprowadził jej do strefy euro i do strefy Schengen. Inni nie mogą mu zapomnieć, że w Iraku był wiernym sojusznikiem nielubianego w Europie George'a Busha. Jest też opinia, że Blair jako silny przewodniczący będzie konkurował o palmę pierwszeństwa z szefem Komisji Jose Manuelem Barrosem. A to oznacza, że unijny środek ciężkości może przesunąć się jeszcze bardziej z Brukseli w stronę państw. - Wchodzimy w nową fazę tej debaty. Chodzi o to, czy przewodniczący Rady Unii Europejskiej ma być twarzą Unii, wielką postacią czy zakulisowym koordynatorem - mówi "Gazecie" Piotr Maciej Kaczyński, ekspert brukselskiego think thanku CEPS.
Pytań jest więcej. Czy to właśnie przewodniczący ma być tym politykiem, do której w pierwszej kolejności zadzwoni
Barack Obama, gdy będzie miał do Europy jakąś bardzo ważną sprawę?
- W kwestii przewodniczącego traktat pozostawia wiele do zapełniania. Po raz pierwszy możemy spierać się o wizję - mówi Kaczyński. Jego zdaniem wybór Blaira może dać polityce zagranicznej Unii coś, na co zwolennicy ściślejszej integracji czekają od dawna - ponadnarodowy charakter.
Batalia o Blaira to najbardziej fascynująca europejska kampania ostatnich lat nie tylko dlatego, że chodzi o fotel dla najbardziej znanego polityka Europy ostatnich lat i stąd ten wybór wszystkich właściwie interesuje. Ważne, a może najważniejsze w tej walce jest ścieranie się rozmaitych wizji Unii.
Blair ma wielu konkurentów. Wczoraj do wyścigu zgłosił się najdłużej urzędujący premier w UE Luksemburczyk Jean-Claude Juncker. "Nie ma powodu, by odrzucać apele o to, bym kandydował" - mówi "Le Monde". Juncker ma nad Blairem tę przewagę, że siedząc przy unijnym stole, może zablokować jego kandydaturę.
Holenderskie media piszą o sporych szansach swojego premiera Jana Petera-Balkenendego, którego popiera Angela Merkel.
Litwa zasugerowała, że może wysunąć kandydaturę b. prezydent Łotwy Vairy Vike-Freibergi. A europejska prasa spekuluje o b. kanclerzu Austrii Wolfgangu Schüsselu i b. premierze Finlandii Marttim Ahtisaarim, laureacie pokojowego Nobla z 2008 r. - To noblista, polityk szanowany na świecie, cichy, ale skuteczny, świetny negocjator - zachwala przymioty Fina Piotr Kaczyński.
Sprawa fotela przewodniczącego Rady UE podzieliła nie tylko kontynent, ale i Wyspy. Nicolas Sarkozy wprawdzie się waha, ale po stronie Blaira jest
Silvio Berlusconi i naturalnie rząd Gordona Browna. Przeciw są brytyjscy konserwatyści, którzy szykują się do przejęcia władzy w 2010 r., kraje Beneluksu i Polska, choć nikt w Warszawie się do tego nie przyzna. Zresztą kandydatura Blaira podzieliła także polskich ministrów: ponoć cichym zwolennikiem Anglika jest szef
MSZ Radek Sikorski, a minister ds. europejskich Mikołaj Dowgielewicz wolałby, by tę funkcję sprawował kto inny.