Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Ministerstwo Pracy ma nowy pomysł na łatanie dziury budżetowej - mniej pieniędzy z naszych składek emerytalnych miałoby iść do OFE, a więcej do
ZUS. Dzięki temu
budżet zaoszczędzi nawet 16 mld zł w ciągu roku. Stracą przyszli emeryci, bo ich świadczenia na starość będą nawet o jedną czwartą niższe.
Każdy Polak odkłada dziś 19,5 proc. ze swojej pensji na przyszłą emeryturę. Co miesiąc ok. 600 zł, przy zarobkach 3 tys. Część tych pieniędzy idzie do ZUS (12,2 proc.), a reszta (7,3 proc.) do prywatnych otwartych funduszy emerytalnych. Te fundusze mają dla nas zarabiać, inwestując nasze pieniądze np. w kupno akcji.
- Powinniśmy rozważyć obniżenie składki do OFE z 7 do 2 proc. - zaproponowało wczoraj w siedzibie BCC minister pracy
Jolanta Fedak.
Jej zdaniem kryzys finansowy pokazał, że OFE mogą nie tylko zarabiać, ale też stracić. Gdy giełda tąpnęła w ubiegłym roku, z OFE wyparowało ponad 20 mld zł. Ponownie wybuchła dyskusja, że ZUS lepiej zabezpieczy nas na starość, choć OFE już odrobiły znaczną część kryzysowych strat.
Czy obniżenie składki do OFE oznaczałoby, że w kieszeni pracowników zostanie więcej pieniędzy? Otóż nie. Nadal będziemy płacić taką samą składkę, tylko więcej pieniędzy pójdzie do ZUS, a mniej do OFE.
Na dodatek spowoduje to obniżenie przyszłych emerytur. - Świadczenia przyszłych emerytów będą niższe nawet o jedną czwartą - mówi Wiktor Wojciechowski z Fundacji Obywatelskiego Rozwoju.
Kobieta, która przechodząc na emeryturę, zarabiała 3 tys. zł, dostanie nie 1,2 tys. zł, ale 900 zł. W nieco lepszej sytuacji będą mężczyźni, którzy pracują o pięć lat dłużej, a więc więcej oszczędzają. Jednak i oni dostaną mniej - zamiast 1,8 tys. zł tylko 1,5 tys. zł.
Eksperci nie pozostawiają na pomyśle ministerstwa suchej nitki. - To kolejna próba rozmontowania systemu emerytalnego kosztem jego uczestników - mówi Wojciechowski.
Minister Fedak nie kryje, że jej pomysł ma na celu ratowanie budżetu państwa. W przyszłym roku Polacy wpłaciliby do OFE - gdyby składka się nie zmieniła - 22,5 mld zł. Przy niższej składce - już tylko nieco ponad 6 mld zł. Różnica - czyli ponad 16 mld zł - poszłaby do FUS (to fundusz zarządzający ZUS, z którego wypłacane są renty i emerytury). O tyle mogłaby zmaleć dotacja budżetu do FUS. Dziś budżet dokłada aż 35 mld zł, bo same składki nie wystarczają na wypłatę bieżących świadczeń.
- Na tę propozycje trzeba patrzeć także w kontekście równowagi finansów publicznych - przyznała minister Fedak.
Nieoficjalnie wiadomo, że pomysł popiera minister finansów Jacek Rostowski. Chciałby obniżyć wysokość składki przekazywanej do OFE przynajmniej na jakiś czas - np. na dwa lata. Miał już w tej sprawie sondować kolegów z rządu. Przekonywał, że na taki krok zdecydowały się m.in.
Słowacja i pogrążone w kryzysie kraje bałtyckie. Nie udało się nam wczoraj uzyskać komentarza ministra Michała Boniego, szefa doradców premiera Tuska.
To nie pierwszy pomysł na ratowanie zabagnionych finansów państwa kosztem przyszłych emerytów. W przyszłym roku rząd wyczyścił do zera Fundusz Rezerwy Demograficznej, który ma być gwarantem dla dzisiejszych czterdziestokilkulatków, że w przyszłości dostaną swoje świadczenia. Zgromadzone tam 7,5 mld zł pójdzie w 2010 r. na wypłatę rent i emerytur.
Jednocześnie rząd odkłada na później prawdziwą reformę:
KRUS, emerytur mundurowych, górniczych, sędziowskich czy prokuratorskich. Tu jest prawdziwe źródło oszczędności. Kosztują nas one ponad 25 mld zł rocznie. Ale politycy boją się narazić którejkolwiek z tych grup.